niedziela, 3 stycznia 2016

Noworocznie.

Siadam przed komputerem, otwieram edytor tekstu i namiętnie wpatruję się w białą kartkę.
Nie, nie będę dzisiaj pisać pracy, która da mi te trzy literki przed nazwiskiem. Ani żadnego kolejnego eseju, by „w nagrodę” móc zrobić na jego podstawie prezentację.
Dzisiaj będzie zwykle.

Jest styczeń anno domini 2016. Jutro wieczorem wybieram się na nową część sagi o odległej galaktyce, zwaną inaczej Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy. Nie nastrajam się, od spoilerów uciekam daleko (krzycząc wniebogłosy i zatykając uszy), skrycie marząc (nie)jedynie o dostaniu pluszowego Sokoła Millenium.
Rok zeszły zostawiłam za sobą, bezkacowo przepijając go 31 grudnia i następnego dnia zaliczając pierwszą od trzech lat przejażdżkę polskim pociągiem.
Wirtualne, wewnątrz-głowe postanowienia noworoczno-świąteczne już mam, na spisanie dopiero czekają, ale jedno jest takie, którym podzielić się muszę.
Jakie? Ano takie: postanowiłam, że od teraz przynajmniej raz w tygodniu będę coś publikować – tu, na Tea Story, czy gdziekolwiek indziej (buk zapłać za trzy blogi) – pod groźbą przekazania gościnnego wpisu którejś z moich przyjaciółek. Znaczy, takiego pozytywnego blog-shamingu – na ile pozytywny będzie, zależy od nich, przy czym jedna jest ze Slytherinu, druga z Ravenclaw, więc podświadomie już czuję, w jakie bagno się wciągnęłam. Ale screeny są. Wywinąć się nie mogę.

I skoro tak rzekłam, pierwszym wpisem przypieczętowuję swoje postanowienie. Następne na dniach. Jak z pracy wrócę, czy coś.

Teraz idę udawać, że wyzdrowiałam, i że nie mam głosu jak sfeminizowany Darth Vader.

sobota, 26 września 2015

✉︎ ✉︎ ✉︎

Piszę tę notkę z sercem zostawionym gdzieś na początku roku i nie sposób mi po nie wrócić.
Nie mam DeLoreana ani niebieskiej budki policyjnej, wehikuły czasu działają na razie tylko w jedną stronę. I choć jedyne, na co mam ochotę, to zwinąć się w kłębek pod biurkiem i udawać, że znów mam 12 lat, a mój największy problem to to, czy uda mi się dobrze napisać test do gimnazjum, to nie mam 12 lat, pod biurkiem się nie mieszczę, a do gimnazjum wracać bym nie chciała.
Z takim wstępem, rozwinięciem i zakończeniem nie pozostaje mi nic innego, jak wejść w mój jednostronny wehikuł czasu, przeć do przodu, a przeszłość zostawić na zdjęciach. Szukać serca w innym miejscu, mieć nadzieję, że się szybko odnajdzie.
Ale październik idzie.
Z październikiem nigdy nic nie wiadomo.







czwartek, 28 maja 2015

Tag filmowy.

Jak to się stało, że mnie długo tu nie było? Nie wiem. Ja sama tego nie ogarniam.
Nie wychodzi mi regularne prowadzenie bloga, więc po prostu tego robić nie będę. Znaczy wróć – przynajmniej nie będę zamykać się w ramach czasowych, jak niektórzy. Ale postaram się skrobnąć coś raz na miesiąc. Zobaczymy, jak mi to wyjdzie.
Niemniej jednak, jak widać w tytule, poniżej znajduje się mój tag filmowy. Blogowo zapoczątkowany przez Kamilę, na której bloga już teraz was zapraszam, bo raz, że Kama jest spoko, dwa, że to, o czym pisze, jest spoko (w dużej mierze recenzje książek i filmów – polecam, bo często bezspoilerowo!), trzy, że ten tag też jest spoko.
Jest też ukryta agenda, dlaczego pisze tę notkę. Bo #G powiedziała, że założy bloga, jak ja dodam notkę *złowrogi śmiech*.
Dlatego, do dzieła! Miłego czytania. Starałam się.

środa, 2 lipca 2014

Kwadraciaki czerwcowe.

Dzisiaj bez wprowadzenia!
...I tak bardzo nie po kolei ;)

PS oszczędzę wam większości znaków islandzkich;)

CJGD: na Marsie, byłam na Marsie!... chciałabym zakrzyczeć, ale nie, w ostatnią sobotę wybrałam się ze znajomymi w okolice jeziora Mývatn, gdzie można zajechać na owe "kociołki" - śmierdzi siarką jak w Piekle ;) i zadymione to to jak nie wiem. Smutno trochę, że wprowadzili opłaty (800kr czyli plus minus 22zł), ale i tak wybiorę się ponownie!

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Kwadraciaki majowe.

Już chwilę nosiłam się z zamiarem zapoczątkowania podobnej miesięcznej serii, tylko nie wiedziałam jak ją nazwać. Nazwa „Kwadraciaki” wywodzi się – jeśli jeszcze to nie jest dla was oczywiste – od postaci, w jakiej wrzucane są zdjęcia na instagram. Osobiście uzależniłam się od tej aplikacji, bo wszędzie tam, gdzie aparatu zabrać nie mogę, mogę strzelić fotę telefonem. Przy czym większość moich zdjęć to widoki bądź to, czym w danym momencie po prostu chcę się podzielić.
Ale jest jedna rzecz odróżniająca Kwadraciaki od powielania instagramu na łamach bloga. Tutaj oprócz kwadratowych zdjęć z aplikacji, będę wrzucać też zdjęcia zrobione za pomocą Diego bądź telefonu, które nie znalazły się na moim instagramie. I raczej nie kwadratowe. Plus wszystkie będą okraszone małą informacją co, jak, gdzie, dlaczego. Cała seria też zresztą nie będzie przekraczać 15 kadrów na miesiąc. Czemu? Bo tak. A w związku z tym, że jest to pierwszy post tego typu, tym razem zdjęcia będą małym streszczeniem mojego dotychczasowego focenia. Od przyszłego miesiąca będę się trzymać bardziej "miesięcznych" kadrów.

poniedziałek, 12 maja 2014

Coś się kończy, coś się zaczyna


Gdyby rok temu ktoś zapytał mnie: „Hej, słuchaj, jak myślisz, co będziesz robić za rok o tej porze?” z powagą spojrzałabym tej osobie w oczy, przez chwilę pomilczała i odwracając wzrok, powiedziała: „Pewnie będę siedzieć w swoim krakowskim mieszkaniu, bez nadziei wyglądać przez okno, męcząc się z niesatysfakcjonującym mnie studenckim życiem na kierunku, który wybrałam bez głębszego zastanowienia, z pogłębiającym się stanem przeddepresyjnym, a wszystko dlatego, że przegrałam bitwę z rodzicami”. Podobnie zresztą odpowiedziałabym na pytanie o to, co będę robić za pół roku.
Splotem przedziwnych wypadków, podążającego za mną (wtedy) pecha i wewnętrznej pustki, przepłakując parę nocy, nieustannie kłócąc się z rodzicami, nie podjęłam dalszych studiów, pomimo dostania się na listę przyjętych, z pozytywnie zdanym egzaminem. Zamiast tego podjęłam najgorszą pracę w moim życiu, wyniszczającą mnie powoli od środka, nieustannie odliczając godziny, minuty i sekundy do „dnia, kiedy wreszcie zrezygnuję”, który – na moje nieszczęście – zdawał się nigdy nie nadejść.
Ale przecież coś się musiało zmienić, inaczej nie pisałabym tego posta. Prawda. A zmieniło się… dużo. Gdzieś (dosłownie) chwilę przed Świętami Bożego Narodzenia napisał do mnie kumpel z propozycją. Zaskoczył mnie tym kompletnie, ponieważ mimo mojego mówienia, że „nie cierpię mojej pracy i chcę ją rzucić w styczniu”, nie miałam nic konkretnego na zapleczu i przypuszczalnie męczyłabym się tam do lutego. Jaka była jego propozycja? Wyjazd na Islandię. Tak, na tę wyspę pośrodku Atlantyku, gdzie większość roku pada śnieg, wieje wiatr i przy okazji w lecie są piękne widoki. W zimie zresztą też. I mówią dziwnym językiem, niewiele zmienionym staronorweskim.
Nie wiedziałam jak zareagować. W związku z tym, że i tak nic konkretnego mnie w Polsce nie trzymało, większość moich przyjaciół siedziała w Krakowie czy Rzeszowie na studiach bądź gdzieś w świecie rozbijali się na Erazmusach, a ja męczyłam się w mieście swojego pochodzenia, zarabiając miesięcznie marne sześćset złotych, w porywach do ośmiuset na rękę, pracując na umowę śmieciową, inaczej zwaną także umową-zlecenie, pomyślałam: „What the hell!” i poprosiłam go o chwilę do namysłu. Odpowiedź miałam dać zaraz po świętach, a przez całe święta robiłam mentalne drzewko decyzyjne i rozmawiałam z rodzicami. I doszliśmy do jednego wniosku: jadę.
Datę wyjazdu specjalnie ustawiłam na 15 stycznia, gdyż chciałam jeszcze spędzić Sylwestra z jednymi z najlepszych ludzi, jakich miałam okazję spotkać w moim życiu, i następnie, jak co roku, wziąć udział w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Chwilę potem już pakowałam się do mojego wyjazdu i muszę przyznać, że wszystkie filmy, w których ludzie siadają na walizce tylko po to, aby ją domknąć, wcale nie kłamią.
kawa z Olcią (na zdj.) w tarnowskim Cafe Tramwaj w dniu WOŚP
Dwudziesto kilogramowy limit na bagaż rejestrowany może niektórym wydawać się mały, dla mnie przez chwilę był nawet zbyt duży. Przez chwilę. Bo potem zaczęłam się przepakowywać i przepakowywać, aż w końcu i tak zapomniałam paru rzeczy. Zdarza się. Ale przynajmniej wzięłam to, na czym zależało mi najbardziej.
Piętnastego, po ponad sześciogodzinnej jeździe do Warszawy (i zgubieniu się w drodze na lotnisko – „Mówiłam ci, że to tamten zjazd, nie ten, w ogóle mnie nie słuchasz”), żegnana przez Polskę deszczem o siódmej rano i śniegiem o dziewiątej, znalazłam się po raz pierwszy w życiu na Okęciu, również po raz pierwszy w życiu w roli pasażera. Czekając na swój pierwszy w życiu lot, samotny lot, do Kopenhagi, gdzie – no nie zgadniecie – również miałam być pierwszy raz w życiu. I miałam tam spędzić kolejne osiem-dziewięć godzin, czekając na samolot do Reykjaviku – czy raczej, co bardziej odpowiada prawdzie – do Keflaviku (przez Islandczyków wymawiane jako „Keplawik”), islandzkiego międzynarodowego portu lotniskowego.
lotnisko w Kopenhadze, jeden z najfajniejszych portów jaki widziałam, a widziałam mało ;)
Czy się bałam? Nie no, wcale. Prawie czternaście godzin w podróży, samotnie, będąc zieloną w sprawach dotyczących kart pokładowych, odpraw i boardingów, w całkiem innych kulturalnie krajach, w których walutą nie jest euro czy złotówka (Duńczycy mają dziurki w monetach o najmniejszym nominale, wiedzieliście o tym?), gdzie mówią w całkiem odmiennych językach – czego tu się bać? No właśnie! Bo jeśli już mam coś robić, to czemu małymi kroczkami – lepiej od razu skakać na głęboką wodę. A tak szczerze – miałam tak wielkiego pietra, jak wielki jest świebodziński Aragorn. Ale z moim wyćwiczonym poker face’em nikt by tego nie zauważył. Poza tym, zawsze chciałam się przelecieć samolotem. I od zawsze byłam fanką sportów ekstremalnych.
W Keflaviku wylądowałam o godzinie 22:30 (przy okazji będąc zabawiana podczas trzygodzinnego lotu Boeingiem 757 przez odgłosy chrząkających, smarkających i bekających Chińczyków, siedzących zaraz za mną, których słyszałam nawet mimo głośnego słuchania muzyki – brak odpowiednich słuchawek niestety nie pozwolił mi oglądnąć filmów na pokładowym odtwarzaczu – szkoda, bo zapowiadało się ciekawie!), ruszyłam za tłumem, odzyskałam swoją walizkę w kwiatki (progres, nie zgubiłam walizek, wyglądało na to, że pecha zostawiłam w Warszawie – przynajmniej wtedy tak myślałam) i dalej podążyłam za tłumem, omijając bezcłówkę. Miał na mnie czekać ktoś z hostelu, w którym spędzałam noc. Ale nie czekał. Spanikowana, zapytałam się obecnych ludzi, czy wiedzą może jak i czym się w razie czego do hotelu dostać – zostałam skierowana do taksówek – ale mimo wszystko postanowiłam zostać na miejscu, próbując dodzwonić się do recepcji. Problem w tym, że będąc w Polsce nie uruchomiłam sobie roamingu w telefonie – skąd miałam wiedzieć, że ten nie uruchamia się automatycznie w plusowskich telefonach z abonamentem? Ostatnim razem będąc za granicą miałam telefon na kartę. Mój drugi telefon z kartą Play też już nie chciał działać – wykorzystałam całe kilka złotych na smsy do rodziców, że szczęśliwie doleciałam do Kopenhagi i na Islandię. Odcięta od wszystkiego, modliłam się w duchu, żeby jednak ktoś po mnie przyszedł i chwilę po 23:20, pojawiła się taka osoba. Okazało się, że koleś czekał na mnie już dłuższy czas, tylko że… w meeting poincie. Pierwszy fail. Skąd miałam wiedzieć o istnieniu meeting pointu, kiedy właściwie po raz pierwszy w życiu miałam do czynienia z lotniskami? Cóż. Najważniejsze jednak jest to, że się znaleźliśmy.
Następnego dnia miałam z powrotem jechać na lotnisko, żeby stamtąd pojechać autobusem na lotnisko krajowe w Reykjaviku (około 50 minut jazdy), skąd miałam swój ostatni lot. Noc wcześniej razem z panem z recepcji sprawdziliśmy, o której odjeżdża autobus. Jadąc na lotnisko miałam mieć dziesięć minut w zapasie, które chciałam wykorzystać na kupno biletu, ale… okazało się, że ostatni bus już odjechał („Sorry, you just missed the last bus!”), a następny miał być za około godzinę. Ósma rano na lotnisku międzynarodowym. Dojazd do krajowego – ponad 50 minut. Samolot wylatywał o 10:30. Obecność – 30 minut przed wylotem. Lekko licząc, byłabym w Reykjaviku o 10:20. Jak nic, spóźniłabym się. Pogoda zresztą też nie była moim sprzymierzeńcem – deszcz i ciemno jak w dupie. No tak, początek stycznia, tutaj jasno robiło się o 10:00, ciemno o 16:00.
Jestem twarda, pomyślałam sobie, skakałam na bungee, zdałam makro, trzy miesiące pracowałam w najgorszej firmie świata, nikogo po drodze nie zabijając, byłam pseudo przewodnikiem grupy we Włoszech i Chorwacji, przeleciałam sama pół Europy – byle gówno mnie - już - nie złamie. Z tą myślą, poszłam do jedynego miejsca jakie mi zostało – postój taksówek. Zapytałam pana taksówkarza, czy i za ile zawiezie mnie na lotnisko krajowe. Popatrzył na mnie, wziął kalkulator i rzucił cenę – 90 euro. Serce zamarło mi na sekundę. Miliony myśli. Kalkulator wewnętrzny. Nie, nie ma szans. Nie dałoby się taniej?, zapytałam z nieśmiałym uśmiechem. Znowu spojrzenie na mnie, kalkulator w rękę i usłyszałam magiczne zdanie – I can drive you for 80 euro. Dzisiaj żałuję, że nie potargowałam się mocniej, ale o tej porze, w tej sytuacji mało kto by miał na to chęci. Poza tym – każdy kiedyś musi zapłacić frycowe, prawda?
widok na Reykjavik z okna startującego samolotu, około godziny 10:30
Zaliczyłam najdroższą jazdę taksówką w swoim życiu, ale ulga, jaką poczułam, gdy dotarłam na lotnisko, była nie do opisania. Po godzinie lotu, odebrana przez mamę kolegi, mogłam już w spokoju odetchnąć. Kupiłam kartę pre-paid i od razu wymieniłam ją w telefonie, zadzwoniłam do rodziców. Na pierwszy rzut wszystko było OK., ale została do rozwiązania jeszcze jedna sprawa. Sprawa roamingu.
 Jako że jestem człowiekiem światowym, to rachunki za mój abonament dostaję online. Online też mogę uruchomić roamingeureka! W takim razie pozostaje tylko wejść na plus.online i włączyć tę opcję! Ale, oczywiście, żeby dostać się na konto Plus Online, muszę wpisać kod autoryzacyjny. Bagatela! A kod ten dostaję w postaci wiadomości sms. Co?  Której to wiadomości dostać nie mogłam, bo nie miałam uruchomionego roamingu. Kurwa.
I tutaj znakomita wiadomość dla wszystkich użytkowników Plus GSM w Polsce – jeśli masz abonament, nie włączyłeś roamingu przed wyjazdem z kraju i masz logowanie do serwisu internetowego z użyciem tokenów, to marny twój los. Znaczy – możesz spokojnie aktywować roaming telefonicznie, ale do tego albo musisz mieć (nie)znajomego, który użyczy ci swojego telefonu, albo kupić kartę pre-paid. Co nie wszystkim się opłaca, kiedy wiedzą, że będą musieli dzwonić do biura obsługi w Polsce, czyli stracić sporo złotówek, dzwoniąc zza granicy. Plus ma politykę, że roamingu – ani żadnej innej usługi – nie może za ciebie aktywować osoba trzecia (np. będąca w Polsce). No ale przecież nie sprawdzą, że to ty go aktywujesz. Prawda?
Ja wynajęłam do tego moją mamę – jako że jest kobietą, osobą znającą wszystkie moje dane, nie powinna mieć problemu. Bo o co innego mogą jeszcze zapytać przy aktywacji tej usługi? Niby o nic. Niby. Ale zapytali. A zapytali o wysokość ostatniego zapłaconego przeze mnie rachunku. Szczęście, że akurat przed wyjazdem mówiłam rodzicom, jaką kwotę przelałam i że dopiero co wymieniłam telefon na nowy, bo aktywacja spełzłaby na niczym. A wysyłanie karty pocztą z powrotem do Polski mi się, jednym zdaniem, nie opłacało…
Na szczęście, mój pech w zasadzie tutaj się skończył. Z bezśnieżnej Polski (która śniegiem mnie pożegnała) doleciałam na Islandię, w której, jak się śmiałam, śnieg w końcu zobaczyłam. A za tym śniegiem bardzo tęskniłam – nawet sobie sprawy nie zdajecie. Parę dni później byłam już w swoim mieszkaniu w miejscowości Reyðarfjörður (i te dziwne znaczki, nie inaczej, spokojnie możecie czytać jako Rejdarfjordur, a nie, jak niektórzy,  rkljavlhjklurzskjmph). I gdzie zaczął topnieć śnieg, za którym tak tęskniłam.
widok jakieś kilkanaście metrów od mojego budynku mieszkalnego
śnieg, który w końcu spadł, niesamowicie mnie ucieszył
Trafiłam na Islandię akurat w roku, kiedy zima była jedną z najlżejszych zim. W miesiącu, kiedy jak się budziłam, by iść do pracy, to było ciemno, a jak z tej pracy wracałam, to również było ciemno. I nie mogłam w spokoju przespać nocy, bo nieustanny wiatr i deszcz skutecznie mi to uniemożliwiały. Ale to i tak był jeden z najlepszych miesięcy w moim życiu.
Trafiłam do kraju, gdzie ludzie tworzą nazwiska od imienia swojego ojca, ich język na pierwszy rzut ucha przypomina język Simów, a wioska, w której mieszka 1300 osób jest uznawana za większe miasteczko. Gdzie większość osób bierze mnie za Islandkę, czy inną Skandynawkę, Austriaczkę bądź Niemkę. Gdzie każdy odpowie ci uśmiechem na twój uśmiech, dzień dobry na twoje dzień dobry. I gdzie ocean i góry masz na wyciągnięcie ręki.
Od samego przyjazdu dobry humor prawie mnie nie opuszczał. I nadal mnie nie opuszcza. I dobrze. Oby tak było jak najdłużej.

czwartek, 5 grudnia 2013

Is home where the heart is?


Nie mam miejsca na ziemi.
Pomieszkuję to tu, to tam, ostatnio częściej tu niż tam. I dawniej myślałam, że moje miejsce jest tu – w moim rodzinnym mieście. Później, na studiach, zaczęłam myśleć, że moje miejsce w zasadzie może być tam – w Krakowie. A dzisiaj? Dzisiaj wiem, że moje miejsce jest nieokreślone. Że nie jest ono ani tu, ani tam.

Tarnów, ulica Wałowa
Serce mam w miastach, w  których nie byłam, w państwach, które odwiedziłam na mapie, z małymi wyjątkami. I boję się, że gdy pojawię się tam, gdzie chwilowo jest moje serce, ono będzie już zmierzało gdzie indziej. Bo ja naprawdę, na dzień dzisiejszy, nie mam swojego miejsca.
To nie tak, że nie kocham miasta, w którym żyję. To nie tak, że nie kocham miasta moich studiów. Ale po prostu w moich oczach straciły one trochę ze swego blasku. Może się starzeję, może miało na to wpływ moje wrześniowo-październikowo-wczesnolistopadowe samopoczucie. Ale ciężko jest mi już się identyfikować z jednym miejscem.

Kraków, Planty krakowskie
Pozostaje mi tylko znajdywać w tych miastach szczegóły, które jeszcze rozbudzają te dawne uczucia. Mieć nadzieję, że powrócą, choćby w części.
Chociaż największą nadzieję mam na to, że znajdę inne miejsce, które pomoże mi zapełnić tę cholerną pustkę po lewej stronie klatki piersiowej.


środa, 19 czerwca 2013

XXV.




Boże, jaka ja jestem beznadziejna.
Raz po raz uświadamiam sobie te dwa słowa, które mnie opisują, które kurczowo trzymają się mnie już od dłuższego czasu. Tak, jestem beznadziejna.
I byłoby o wiele lepiej, gdybym była jedyną osobą, która tak twierdzi.
Ale nie, nie jestem.
Jestem beznadziejna, bo jestem psychicznie wykończona.
Jestem beznadziejna, bo chcę zrobić sobie przerwę od studiów.
Jestem beznadziejna, bo nie umiem wytłumaczyć, czemu chcę sobie zrobić przerwę od studiów.
Jestem beznadziejna, bo nie mam pracy.
Jestem beznadziejna, bo nie mam perspektyw na dalsze życie.
Jestem beznadziejna, bo jestem głupia - przynajmniej według mojego brata.
Jestem beznadziejna, bo mam kredyt w wieku 21 lat.
Jestem beznadziejna, bo robię plany, których nie umiem zrealizować.
Jestem beznadziejna, bo to jest kolejny post, w którym żalę się na swoje życie.
Jestem beznadziejna, bo podejmuję najgorsze decyzje, myśląc, że są najlepsze.
Jestem beznadziejna, bo interesuje mnie wszystko to, co mnie interesować nie powinno.
Jestem beznadziejna, bo mimo chęci nie doceniam tego, co mam.
Jestem beznadziejna, bo nie umiem kłamać, a robię to nieustannie, okłamując samą siebie.
Jestem beznadziejna, bo nie mam tego swojego, jedynego miejsca na ziemi.
Jestem beznadziejna, bo nie potrafię napisać tutaj wszystkiego tego, co mnie gnębi.
Jestem beznadziejna, bo nie potrafię już odnaleźć tego optymizmu, który we mnie kiedyś siedział, śpiewał, tańczył.


niedziela, 7 kwietnia 2013

XXIV.


Zostało mi zarzucone rzucanie słów na wiatr.
Mnie.
Że ja rzucam słowa na wiatr.
Ja.
No… bo w zasadzie to prawda.
Oj, przepraszam, pewnie niektórzy spodziewali się, że w tym momencie będę się bronić, że zrobię wszystko, żeby pokazać, że to nieprawda, że jestem zabiegana i mam mało czasu, bo uczelnia, bo życie, bo coś tam coś tam – i inne lame excuses. A tu – bęc – jednak się nie bronię. A nie bronię się, bo wiem, że jest to jedna z największych moich wad (obok drugiej, też wielkiej, ale może o niej innym razem), nad którą pracuję i z reguły jej oswojenie wychodzi mi raz na kilka tygodni, przez kilka tygodni (przez to kiedyś obudzę się z ręką w nocniku – a to kiedyś raczej nadejdzie jutro). No ale też... patrzcie, przecież można udawać, że teraźniejszy kwiecień jest ubiegłym marcem. Śnieg za oknem, temperatura w minusie bądx na lekkim plusie – żadna różnica, prawda? Prawda
Więc – bęc again – wiem, że rzucam słowa na wiatr. Nie aż tak często, ale wystarczająco często, żeby to irytowało nie tylko innych, ale i mnie. Bo tak, próbuję z tym walczyć, naprawdę! Ale zaraz później pojawia się ta ochota, żeby w zamian poleżeć na łóżku i wpatrywać się bezwiednie w sufit bądź przeciwległą ścianę. Albo skulić się na fotelu i patrzeć na białą kartkę Worda, bez ochoty sięgnięcia do klawiatury. I wtedy to nawet herbata nie pomaga. A podobno ona pomaga na wszystko.
Ale może dość o mnie – tak dosłownie.
Ostatnio pracuję i rozmyślam nad paroma rzeczami, w jaki sposób zmienić tego bloga. Dzięki dojazdom do Krakowa mam czas na czytanie (chyba że akurat jestem cholernie śpiąca bądź zmęczona, jak zdarzyło mi się ostatnio, kiedy wracałam z grodu Kraka) czy parę innych rzeczy, w związku z czym może, powtarzam, może w najbliższym czasie powrzucam moje mini-recenzje. Również coraz częściej robię zdjęcia. Śmieszne, miałam siebie za osobę, która robi zdjęcia typowo portretowe, a ostatnio doceniam zdjęcia imprezowe. Lubię je robić. Lubię je nawet obrabiać, ale też nie wszystkie są takie, jakie bym chciała*. Może pokażę je za niedługo.
W ogóle, wciąż szukam motywacji, ale powoli ją znajduję. Ok, nie do rzeczy, do których powinnam (czyli licencjatu), ale do innych. Pomagają mi przy tym wieści, jakich doświadczam: odnośnie zespołów, które przyjeżdżają na koncerty (mój Offspring na Orange Warsaw Festival, mój Biffy Clyro na Coke’u, Paramore i Marsi na Impact Festival czy Papa Roach w Studiu – na razie na sto procent jadę na pierwszy, na trzy ostatnie zbieram fundusze), odnośnie filmów, jakie wychodzą, czy nawet planów, które mam zamiar zrealizować w nadchodzących miesiącach (ach, majówka!).
I pracuję nad tym, o czym napisałam na początku. I nad swoim nastawieniem także.
Także… w najbliższym czasie mam nadzieję, że zobaczycie tu więcej niż mniej. Żałuję, że nie wcześniej, niż później – ale to tylko moja, moja wina. I wina motywacyjna. I… ach, dobra. Kończę moje egocentryczne dywagacje, bo nie wszystkim się je chce czytać.
Do napisania i przeczytania wkrótce!



* Powiedzmy szczerze, opracowanie własnego ustawienia do Lightrooma czy akcji do Photoshopa jednak trochę zajmuje, a i nie pasuje do wszystkich zdjęć, szczególnie, kiedy ma się problemy ze sobą samym i nie jest się stuprocentowo przekonanym do jakiejś zmiany

czwartek, 10 stycznia 2013

XXIII.


Czuję, jakbym wracała do starego koszmaru.
Tego, który nie był żadnym dziwnym snem, z którego się obudziłam, ale najprawdziwszym zdarzeniem z tych prawdziwych, o którym ciężko mi jest słuchać i równie ciężko rozmawiać.
Tak, naprawdę czuję, jakbym wracała do starego koszmaru. Albo przynajmniej tego, jak się wtedy czułam.
Nie zmieniłabym jednak niczego, nawet posiadając machinę czasu. Nie? Nie… a jednak. Zmieniłabym. Najlepiej zmieniłabym wiele podjętych przeze mnie decyzji, poczynając od tych, kiedy miałam dwanaście lat, może mniej. Ale z drugiej strony dzisiaj nie byłabym tą osobą, którą jestem. Pesymistyczną frajerką ze zniekształconym spojrzeniem na świat versus optymistyczną, egocentryczną idiotką z przyklejonym uśmiechem. Zamkniętym w sobie ekstrawertykiem. Tą, która myśli, że jest gotowa wkroczyć do dorosłego życia, ale boi się zrobić pierwszy krok.
Czy gdybym cofnęła czas, coś by się zmieniło? Czy gdybym podjęła inną, lepszą, mądrzejszą decyzję, byłabym teraz innym człowiekiem? A może byłby to tylko chwilowy wstrząs, pik na wykresie mojego życia, niewiele znaczący, po którym wszystko wróciłoby na tę ścieżkę, na której teraz jestem? A może tak naprawdę był to wybór pomiędzy dwoma złymi rzeczami, podświadomy wybór mniejszego zła nad większym? Nie wiem. Nie wiem i pewnie się nie dowiem. Wiem tylko, że pewne historie będą mnie nawiedzać do końca życia i nic na to nie poradzę.
Żadnego popełnionego przez nas błędu nie da się wymazać. Wpisuje się on w naszą własną historię, odciska, choćby mało widoczne, piętno w naszym życiu, plami naszą biografię… a może i dodaje jej odrobiny koloru? Zabarwia nasze życie nie tylko szczęśliwymi chwilami. Pozwala nam się uczyć, zdobywać doświadczenie. Nikt nie lubi złych chwil, wspomnień, ale często ze złymi doświadczeniami idą w parze te dobre. I vice versa. Nie zawsze, bo zdarza się, że któryś z typów zdarzeń dominuje, pokusić się można o porównanie do genomu. Ale biologia to nie moja działka. Zdarza się, że po szczęśliwym wydarzeniu następuje szczęśliwe. Po dramatycznym – kolejne dramatyczne. Chcielibyśmy temu zapobiec, ale nie od wszystkiego można uciec. Poza tym, skoro chcielibyśmy zapobiec złemu, czemu też nie zapobiec dobremu? Bo człowiek zawsze woli to, co dla niego lepsze. Po co zapobiegać dobremu, skoro dobre jest dla nas dobre. Ale co to jest w ogóle dobro? Przecież każdy definiuje to inaczej. Dla jednych coś, co dla nas może być katastrofą, wydaje się tylko ziarenkiem piasku. Dla drugich to, co jest dla nas nic nie znaczącym gestem, może być najszczęśliwszą chwilą życia. Dla jednych zło jest dobrem dla innych. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Ale przecież nie będę drążyć tutaj filozoficznych teorii. Filozofii nie miałam, etyka już za mną. Może kiedyś do nich wrócę, ale musiałabym mieć więcej miejsca, czasu na ogarnięcie tego tematu. Poza tym teraz i tak wychodzi mi zbyt poważnie, jak na tę godzinę.
Jest późno. Nawiedzają mnie koszmary na jawie. Ale nic z nimi nie robię. Czasem śmieję się im w twarz. Powroty, z którymi daję sobie radę. Walczę, walczę. Postaram się wygrać. Ale chcę zmiany, jednocześnie mając dość. Wszystkiego.
Nie, nie oczekuję, że ktoś zrozumie to, co napisałam. Zbiór poplątanych myśli. Mam tylko nadzieję, że ktoś znajdzie odniesienie choćby do którejś z części. I to mi wystarczy.

czwartek, 3 stycznia 2013

XXII.

Bo to wcale nie jest tak, że ja nie piszę.


To jest raczej tak, że nie mogę skończyć.
A tytuły? Tylko robocze.

czwartek, 15 listopada 2012

XXI.


Ostatnimi czasy miewam wahania humoru i napady myśli, których mieć nie powinnam. Czyli mój własny umysł prosto komunikuje mi, że nadeszła jesień. Byle tylko zawinąć się w kocyk, z gorącą herbatą – a najlepiej jej hektolitrami – z miodem, na przykład. Albo z parującym grzańcem piwnym – pieprzyć kalorie, byle cieplej i aromatycznie! W końcu jesień.
I już nie wspominać dni, kiedy było tak:

Kiedy moje rowerowe wycieczki były przyjemnie ożywcze. Kiedy mogłam sobie urządzać piesze wycieczki z przystanku po pracy, na które narzekałam, ale i tak wielbiłam. Kiedy nie musiałam nosić swetrów i bluz codziennie, a rękawiczki używałam tylko do sprzątania lub pomagania w ogrodzie.
Kiedy mogłam sobie jeść lody w plenerze – czy to w parku czy na Kinie Plenerowym.

Kiedy słońce świeciło często – no, może nie aż tak często, jakby się chciało, ale ja już o tych nie-słonecznych dniach nie pamiętam. Kiedy mogłam przebywać nad wodą i popływać, ile mi się chciało.
A nie, jak teraz. Zawijać się w swetry w renifery, kryć się pod kocem na trzecim piętrze krakowskiego mieszkania, nie mając ochoty wychylić nosa, by spotkać się z ludźmi. Trzymać nieodłączny kubek herbaty i tylko czekać, czekać na nadchodzące zmiany.
Ale nie. W następnej wolnej chwili chwycę za aparat. Zaśniedział się, cholernik, imprezy mu były w głowie. A zdjęć obrobić nie ma komu.
I tak. Tym akcentem kończę, idę myć kubek i zrobić sobie pięknie pachnącą herbatę o wdzięcznej nazwie „Irlandzki wiatr”.
Smacznego!

niedziela, 28 października 2012

O Trójkącie Bermudzkim, pechu i pogodowych anomaliach.



O czasu do czasu na świecie pojawiają się doniesienia o tym, jak to w Trójkącie Bermudzkim znikają statki, czy pojawiają się te, co znikły wcześniej, zupełnie bez załogi. O tym, jak w tamtym miejscu znikają samoloty, których trasa dziwnym trafem przebiega właśnie nad tym punktem. Nikt nie wie, co za tym stoi, jest to jedna z większych zagadek współczesnego świata. Oczywiście, zdarzają się śmiałkowie, starający się odpowiedź na to nurtujące „Dlaczego?”, jednak nikt nigdy nie jest pewny, czy im wierzyć, nierzadko przylepiając im wtedy naklejkę „psycho”.
Ja nie jestem jednym z tych śmiałków. Przynajmniej nie dzisiaj. Nie mam zamiaru rzucać wam swojej gotowej odpowiedzi. Szczerze mówiąc, już dawno się nad Trójkątem Bermudzkim nie zastanawiałam – feel free to judge me, I don’t care (zresztą, i tak nikt z was głębiej nad tym nie myśli; no, chyba że teraz). Reasumując, skoro nie mam zamiaru wam zdradzać swojej teorii, to po jaką kupę wam o tym wspominam?
Otóż, moi drodzy, ja sama doświadczyłam – czy nawet doświadczam – zjawiska Trójkąta Bermudzkiego u siebie w mieszkaniu. Od początku semestru zgubiłam już tutaj parę rzeczy – część z nich zagadkowo się odnalazło (na szczęście z zawartością), a część jak dotąd znaleźć się nie chce. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że owo zjawisko dotyczy tylko mnie.
Zaczęło się niewinnie, a mianowicie zagubieniem noża. Umyłam cholerę, położyłam na ociekaczu (czy jakkolwiek owo urządzenie się nazywa) w kuchni, a kiedy wróciłam po zajęciach, noża już nie było. Zniknął. Szukałam wszędzie. Parę dni później, no, można powiedzieć, że ponad pół tygodnia później, owy przedmiot dziwnym trafem znów pojawił się na ociekaczu. Tak, tak. Powiecie pewnie, że ktoś mi go wziął, a później oddał. Ale, naprawdę, na pięć dni? Nawet pytałam część z moich współlokatorów!
Następnie pendrive. Ten to mi ginie nagminnie. Na szczęście, odnajduje się po godzinie-dwóch poszukiwań, ale jednak. Kolejna rzecz? Kubeczek do wlewania wody do żelazka, który używamy do wsypywania proszku do pralki. No, ok., może nie do końca „tylko mnie to dotyczy”, ale ja też go używam, co mówi samo przez się. Nieodnaleziony po dziś dzień (zaginął niecałe dwa tygodnie temu).
Kolejną rzeczą, która zaginęła w moim osobistym Trójkącie Bermudzkim, jest książka do francuskiego. Dobra, nie jestem do końca pewna, czy brałam ją do Krakowa (chociaż raczej tak było), ALE poprosiłam mamę, żeby jej poszukała w domu. Nie znalazła. Ergo? Odpowiadać nie muszę. Jedną z ostatnich – a w zasadzie chciałabym, żeby tak było – rzeczy, które wyparowały ze swojego miejsca, jest mój dezodorant. Szczęście, że posiadam resztki innych. ALE WCIĄŻ.
Także no. Mój własny Trójkąt Bermudzki. Zawsze chciałam mieć coś takiego (feel the irony).
A skoro już przy anomaliach jesteśmy, pomówmy o tych pogodowych. Ostatnim miesiącem, kiedy przeżyłam trzy pory roku w odstępie kilkudniowym, był marzec. W trakcie wyjazdu do Katowic nawiedziły mnie tam, o ile dobrze pamiętam: wiosenny wietrzyk, jesienna plucha i zimowa nawałnica. A byłam tam trzy dni. Widzę jednak, że kochany październik pozazdrościł marcowi i musiał swoje pokazać. Nie wspomnę, bo zrobiłam to parę notek wcześniej, że październikowa pogoda odzwierciedla moje nastroje (ojej, wspomniałam). Także, jesienna plucha: check; zimowa zawierucha: check; gorące lato: check – no i czego tu chcieć więcej?
Ale dlaczego sądzę, że pogoda w tym miesiącu odzwierciedla moje samopoczucie? Kiedy płakałam, płakały chmury, kiedy było mi smutno, niebo było szarawe, kiedy byłam szczęśliwa jak nigdy, świeciło cholerne, gorące słońce (pozdrawiam!), zaś teraz, kiedy – co dla mnie rzadkie i niespotykane – jestem chora, pada śnieg, który w październiku jest… rzadki i niespotykany. Choć starając się zachować resztki pozorów dotyczących tego, że jestem zrównoważoną i normalną osobą, na ogół przyznaję, że ludzie nie mają wpływu na pogodę (no, ale jakąś chyba mają, bo ile razy w waszej młodości wykonywaliście taniec deszczu, a deszcz spadał następnego dnia?), to czułam się trochę, jakby warunki pogodowe mnie prześladowały. Październiku, skończ się, przyprawiasz mnie o dreszcze.
Dreszcze, dreszcze. Tak. Październik tego roku jest dziwny. Jest fajny, ale jest beznadziejny. Jest ekscytujący, ale straszny. Jest kochany, ale wyczerpujący. Już parę razy w tym miesiącu zdarzyły mi się sytuacje, które mogły doprowadzić do poważnego uszczerbku na moim zdrowiu. Jak na przykład ostatni atak na moją osobę na campusie mojej uczelni, kiedy spokojnie przechodziłam sobie na drugą stronę ulicy, kiedy ni stąd, ni zowąd spod mojego łokcia wyjechało auto osobowe, prawie przetrącając mi łokcia lusterkiem. Tak, uderzyło, na szczęście lekko.
Ja wiem, wiem, że limit szczęścia przeznaczony na mnie i mojego brata w większości wziął ten drugi (dlatego wszystko jemu się udaje), a mnie zostawił jakieś marne 20%, jednakże wszystko ma swoje granice, prawda? Ja wiem, że moimi śladami podąża wszędobylski i wścibski pech. No i wiem też, że nieszczęścia chodzą parami. Dlatego, kiedy tego samego dnia, co mój prawie-wypadek, poszłam robić zakupy do tego dużego, sieciowego sklepu na C (po francusku „skrzyżowanie”), wiedziałam, że to nie koniec mojego dnia. Spokojnie kupiłam jajka, które wsadziłam do torebki, a dwa metry dalej „siup!” – torebka na ziemi, z przerwanym paskiem. Pobieżnie sprawdzając jajka uznałam, że wszystko ok., a kiedy doszłam na mieszkanie, połowę rzeczy miałam w białku. Ale przynajmniej zrobiłam sobie dobrą jajecznicę.
Zepsułam też w tym tygodniu jedną „rzecz” w szufladzie komody. Ale o tym cii!, wciąż czekam na śrubokręt. No i nie wspomnę o tym, jak się czuję od paru dni. Chociaż to akurat moja własna wina – nie powinnam chodzić bez płaszcza na dziwną pogodę, nie wspominając o śpiewaniu na karaoke. Albo też nie powinnam mówić o tym, jak szybko „łapię” siniaki, nie wiedząc, gdzie je nabyłam.
Także – hej, to ja: 65% pecha, 20% szczęścia i 15% czegoś, czego określić nie potrafię.
Nice to meet you too!

piątek, 12 października 2012

...to me!



Mam osiemnaście lat. Jestem osobą niepoważną, emocjonalnie niestabilną, dziecięcą i nieokiełznaną. Myślącą, że jest kimś, a nie będącą nikim. Obiecującą rzeczy, których nie umie dotrzymać. Która najpierw robi, później myśli. Nieprzeczuwającą złych rzeczy, tracącą nad sobą kontrolę. A jednak czującą czające się szczęście, do czasu. Żartującą na okrągło. I porywającą się na głęboką wodę.
Mam dziewiętnaście lat. Wyglądam młodo na swój wiek, mam swoje głupie problemy. Spuchnięte oczy, niewyspaną twarz. Popełniam głupie błędy, które wspominam przez miesiące. Nie doceniam rzeczy, które mam. Nie kończę spraw, bo sądzę, że nie ma po co.
Mam dwadzieścia lat. Wciąż jestem niepoważna, emocjonalnie niestabilna i dziecięca. Niedorosła. Nieznająca siebie, nieznająca ludzi dokoła. Nieufna i skryta w swym ekstrawertyzmie. Za dużo myślę, nie wyciągam wniosków. Rzucam słowa na wiatr, dostaję rykoszetem. A jednak się cieszę. Przejawiam optymizm. Myślę, że jest dobrze.
Mam dwadzieścia jeden lat. Po prostu jestem. I niewiele się zmieniłam. Ale zdałam makro, co czyni mnie szczęśliwą. I tak, w dniu swoich urodzin jestem przeszczęśliwie głupia i nie zważam na zmory, które mnie nawiedzają!

czwartek, 4 października 2012

Flapdoodle.


Cha, cha, cha.
Jaka ja jestem śmieszna.
Pełna porażek – życiowych, uczelnianych i tych z innych dziedzin.
Tydzień, nawet niecały, odkąd rok akademicki się zaczął, ja już jestem wyzuta ze wszystkiego. Po części wiem, że wzięłam na siebie za dużo, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. Ale z drugiej strony sądziłam, że uda mi się wywiązać ze wcześniej zaplanowanej rzeczy wcześniej. Tyle że życie pełne jest niespodzianek, moje życie jest pełne tych niemiłych.
Nie cierpię października. Szczerze mówiąc, tak na całego to chyba od dwóch, trzech lat. Dawniej go kochałam. Wiadomo, urodziny, takie tam sprawy. Ale przez ostatnie kilka lat październik stał się miesiącem, kiedy złe styka się z dobrym. I z reguły to złe odgrywa większą rolę, to dobre jest raczej chwilą, która szybko mija.
Nie, nie nastawiam się negatywnie do tego miesiąca. Po prostu pewne sytuacje sprawiły, że on mnie nie cieszy. Zresztą nawet październikowa pogoda mnie odzwierciedla, przede wszystkim moje humory. Ja to październik, październik to ja – a myśl, że gdybym siebie poznała w świecie prawdziwym, to raczej bym siebie nie polubiła, przekłada się na miesiąc. Tak więc krótko – chyba dlatego za październikiem nie przepadam. Wibbly wobbly thoughts.
Dlaczego zaś mówiłam o porażkach uczelnianych? Nikt nie lubi się chwalić porażkami. Ja też. Jak ktoś pyta, odpowiadam, przesiąknięta ironią, która trzyma mnie w kupie, bo kłamać zbytnio nie potrafię. Chyba jako jedyna z mojej bliskiej rodziny. Ale to już wiecie. W każdym razie też, ciągnięcie dwóch kierunków przy mojej specjalizacji na jednym z nich jest niewykonalne, przynajmniej fizycznie i finansowo – dla mnie. Nie lubię rezygnować z czegoś, co sobie stawiam za cel, ale czasem nie ma(m) wyjścia. Może za rok, na świeżo, gdzie indziej. Nie planuję. Moje plany długoterminowe zawsze spalają na panewce.
Bo ja jestem śmieszna.
W znaczeniu raczej negatywnym.
Cha, cha, cha.

poniedziałek, 17 września 2012

O bzdurach nieprzyjemnych.



Cześć! Przyszłam się tutaj przywitać. I popisać o bzdurach. A zazwyczaj, jak zaczynam o bzdurach, kończy się inaczej. A poza tym, jest noc. A na wszystko pisane po drugiej w nocy, powinno się patrzeć lżejszym okiem.
W tym oto momencie powinnam uczyć się do kolejnego egzaminu, jako że wrzesień w trakcie, co oznacza – na moje nieszczęście – sesję poprawkową. I jeżdżenie do miasta królów. I siedzenie przez dwie godziny w pociągu, który jeszcze parę lat temu pokonywał tę trasę w o godzinę z hakiem krócej. I próbowanie wytrzymać tę podróż, za każdym razem zastanawiając się, jaka tym razem osoba usiądzie koło mnie. Albo jaka kolejna osoba pojawi się w przedziale.
Czasem nie mam nic przeciwko takim jazdom. Mimo wszystko są jeszcze wakacje, wiele osób nie jeździ tym publicznym środkiem transportu. Mam gdzie usiąść, usnąć – jak to mi się ostatnio zdarza, mam gdzie poczytać czy posłuchać muzyki. Nikt nie stoi nade mną i nie sapie mi nad szyją, gotów wykorzystać chwilę nieuwagi, by zająć moje miejsce. Mogę zająć swoje ulubione miejsce zaraz przy szybie, czy to tyłem do kierunku jazdy, czy przodem, popatrzeć na mijane krajobrazy – o ile tylko nie jest to kolejny odcinek budowanej autostrady – pooglądać ludzi przemierzających wagony czy też tych, którzy już siedzą.
Czasem jednak nienawidzę czasu spędzonego w pociągu. Na przykład kiedy wracam i czuję, że poczuję się lepiej u siebie, a pociąg zatrzymuje się na dwadzieścia minut przed moją stacją, bo przyjechał za wcześnie. Albo kiedy do przedziału wchodzi najmniej pożądana osoba. Żul, menel, bezdomny – nazwijcie go jak chcecie. Ja wiem, że większości z nich nie cierpię. Szczerze, nie obchodzi mnie tak bardzo sytuacja takich osób – dopóki o siebie choć trochę dbają, to niech sobie funkcjonują. I co z tego, że przemawia przeze mnie ignorancja czy egoizm. Dość długo żyję na tym świecie, by wiedzieć, że jakby taki jeden menel z drugim żulem chcieli pracować, pracę – nawet cienko płatną – by znaleźli. Ale nie, nie o pracę mi chodzi. Raczej o ich higienę osobistą. Naprawdę, czy to źle, że twierdzę, że do środków transportu publicznego powinni wpuszczać ludzi umytych albo przynajmniej nie wydalających odoru dwutygodniowego potu i moczu, zmieszanych z najtańszą wodą perfumowaną?
Nieraz już byłam w sytuacji, gdy musiałam zatykać nos z powodu fetoru takich osób. Wachlowanie rzadko kiedy coś daje, szczególnie w dość ciepłe popołudnia. Otworzenie okna nie zawsze zdaje egzamin z powodu albo braku wiatru, albo złej pogody. A już widok takiej osoby powoduje odruch wymiotny, bo najczęściej nie są one czyste. A fakt, że one są nic z tego nie robią, tylko potęguje to uczucie.
Czy tak trudno zrozumieć niektórym osobom, że jeśli chce się współegzystować z innymi (a nawet jeśli się nie chce), powinno się o siebie dbać? Że od czasu do czasu, nawet mimo braku stałego lokum, wskazane byłoby wejście do publicznej toalety i „ogarnięcie się”? Przecież istnieją przytułki dla bezdomnych. Ba! Od biedy istnieją uliczne pompy wodne! Nie żyjemy w średniowieczu. Mycie się nie skraca życia, ba, nawet je przedłuża. Ale widocznie takie osoby wolą wydać kilka złotych na kolejną puszkę piwa, którą mogą wypić w pociągu, niż skorzystać z publicznej łazienki z prysznicami. Swoją drogą, to też się zastanawiam, skąd takie osoby biorą pieniądze na tę puszkę piwa. Ale to chyba już głębsza filozofia.
Takie sytuacje zdarzają się – niestety – nie tylko w pociągach. Ostatnie cztery tygodnie spędziłam jeżdżąc do pracy autobusem. O ile jeszcze pociągi wywołują u mnie, zazwyczaj, pozytywne uczucia czy wspomnienia, tak za autobusami raczej nie przepadam. Nie wiem, czy to ma związek z ich chronicznym spóźnianiem się – szczególnie tych w moim rodzinnym mieście – czy nad wyraz długimi trasami, które byłoby można skrócić, czy też innymi czynnikami. Zazwyczaj, kiedy mam możliwość, wolę wybrać rower bądź samochód, ewentualnie (i najczęściej w Krakowie) dojście na piechotę. Ale wracając do mojej jazdy autobusem. Do miejsca, gdzie pracowałam, mogłam się raczej dostać tylko autobusem. Swojego auta nie mam, a nie uśmiechała mi się jazda na rowerze w długich spodniach przy 30-stopniowym upale bądź w siąpiącym deszczu. Autobus trasę maksymalnie piętnastominutową, licząc z drobnymi objazdami korków, pokonywał w minut więcej niż czterdzieści. Łącznie dojazd do pracy zamiast piętnastu minut autem zajmował mi około godzinę (wliczając dwudziestominutowy marsz na przystanek). Najgorsze jednak było często przede mną. Moment, kiedy wsiadałam do pustego autobusu – naprawdę pięknie. Zakładałam słuchawki, wyciągałam książkę. A autobus zapełniał się na każdym przystanku, często zabierając osoby o wyżej wymienionym zapachu. Zapachu, który utrzymywał się niemal przez całą drogę, nawet wtedy, gdy osoba go wydzielająca już dawno pojazd opuściła. Zapachu, który chciałam odpędzić od siebie jak najdalej, modląc się w duchu, by nie prześmierdły mi nim ubrania.
Widzicie moją irytację. Nie potrafię, naprawdę nie potrafię znaleźć żadnej nici zrozumienia dla takich osób. Nawet mimo mojego utopijnego nastawienia, bezsensownej wiary w ludzi i zdarzającej się empatii. Zastanawiam się wtedy, czy te osoby siebie nie czują. Czy im nie wstyd samym za siebie? Mnie by było. Ale ja nimi nie jestem. I być nie zamierzam.
Wracając do punktu wyjścia. Bo o pociągach zaczęłam, pociągami skończę. Niech pociągi wiedzą, że to nie mój pierwszy i ostatni wpis o nich. Niech się przygotują.
A tymczasem przykrywam się kołdrą, puszczam „Scarborough Fair/Canticle” i idę spać. I przepraszam za tak nieprzyjemny temat. Albo i nie przepraszam. A co!

piątek, 7 września 2012

No bo pieniądze to nie wszystko



Cześć i czołem, i kluski z rosołem.
Z kategorii: moim zdaniem - felieton niedokończony.


Przygotowując się do dzisiejszego wpisu, stwierdziłam, że sobie „pofelietonuję”. A tematem mojego felietonu – czy też felietoniku – będą pieniądze.
Dużo mówi się o tym, jak to pieniądze szczęścia nie dają, jak to od pieniędzy serce staje się twarde, czy też, że pieniądze to nie wszystko. Ale jest jeden mały szkopuł. Szczęściu w dzisiejszych czasach  można bardzo dopomóc posiadając małą sumkę czy to złotych, czy dolarów, euro, czy jakiejkolwiek innej, prosperującej waluty. Sumkę – czyli taką jakąś cyfrę od 1 do 9, z kilkoma zerami z boku, przy czym najlepiej tych zer mieć pięć lub więcej. No wiecie przecież, od przybytku głowa nie boli.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Flash Mob


Jako że mamy dziś tak piękny dzień, że możliwe, iż pewnie wybiorę się pobiegać (co będzie naprawdę dziwne, zważywszy na to, że wolę sporty wymagające większego zaangażowania mózgowego, a nie tylko dotyczące pamiętania o przebieraniu nogami), postanowiłam uraczyć was, tych, którzy jeszcze co jakiś czas stwierdzają, że dobrze poczytać jakieś głupoty, moim nowym wpisem.
Będzie to wpis z tych starych. Dotyczy roku dwa tysiące jedenastego, dokładnie marca, kiedy to w moim rodzinnym mieście Tarnowie odbył się FlashMob „Gwiazdy w Tarnowie”. Pogoda nie dopisała, w związku z czym było bardzo mało ludzi na rynku – ergo mało osób do zaskoczenia i nabrania, ale zdjęcia porobiłam i nawet ostatnio udało mi się je przerobić. Tak, po półtora roku.
Nie powiem – z niektórych mogłabym być dumna. I nie, nie mówię o tym poniżej.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Frustratio


Z racji tego, że od rana próbuję się dostać do messages na moim dA, a co mi się do tej pory nie udało, postanowiłam napisać nową notkę.
No dobra, można też pod to podpiąć fakt, że nie napisałam nic przez cały lipiec. Nie, że nie miałam nic do powiedzenia – raczej nie miałam ochoty się tym dzielić. Dziwne. Znaczy dla mnie to nie jest dziwne. Często też mam tak, że z chęcią bym o czymś napisała, a jak przychodzi co do czego, to albo zapominam tematu, albo stwierdzam, że to co chcę przekazać jest wyjątkowo żałosne. Albo umiem to ubrać tylko w żałosne słowa.
No cóż.
Stwierdzam przynajmniej, że dnia dzisiejszego mogę wyładować frustrację, która narastała we mnie od samego ranka, który mimo że zaczął się naprawdę dobrze, w konsekwencji nie przełożył się na cały dzień. Tak. Ja po prostu nie mogę przebywać z moją rodziną dłużej niż kilka dni, w końcu do tego doszłam. Gdybym urodziła się w USA lub miała odrobinę mniej cierpliwości, już dawno siedziałabym w więzieniu za przynajmniej jedno zabójstwo. Dobrze, że istnieje coś takiego jak muzyka i książki, bo to mnie jeszcze jakoś uspokaja. Przydałoby mi się gdzieś wyjechać, w taką głuszę na przykład, wyjść na pagórek i zacząć krzyczeć. Przydałoby mi się porozwalać dwadzieścia kompletów chińskiej porcelany, postrzelać z pistoletu na strzelnicy, porozdzierać poduszki. Cokolwiek, by rozładować to, jak się teraz czuję. Szkoda, że nie mogę wymyślić niczego, co by pomogło mi rozładować frustracje mojego nędznego dwudziestoletniego życia, a najbardziej szkoda, że nie da się rozładować frustracji na zaś. Jakie to życie byłoby – jeśli nie łatwiejsze – przyjemniejsze.
Dlatego robię plan na jutrzejszy dzień, niewymagający żadnej ilości pieniędzy, których nie mam (pracy zresztą też, ale znaleźć jej nie mogę, a robić za kelnerkę nie chcę, przynajmniej nie w tym mieście, tak więc owa rzecz zwana poszukiwaniem jest u mnie w zawieszeniu – …siema ulotki?), który przypuszczalnie zaowocuje kolejną awanturą. Ale jedna w tę, druga we w tę – co za różnica?
Wstanę rano, wezmę rower, wezmę aparat, wrócę po południu. Dobry pomysł. O ile uda mi się wszystko z tego krótkiego planu, bo dzisiaj mój budzik mi odmówił posłuszeństwa. Może jutro posłucha.
A co z moim dosłownym wyładowaniem frustracji na łamach bloga? Żartowałam. Przecież nie zrobię tego publicznie.
Dziękuję, dobranoc.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Rozważania językowe.


Za wszelkie błędy z mojej czy nie z mojej winy bardzo przepraszam. Jak znajdę chwilę po sesji - zredaguję, o ile tylko jakieś chochliki się wkradły, by pogmatwać moje językowe rozważanie. Jeśli nie ma żadnych - bardzo się cieszę. Nie będę zanudzać, zapraszam do czytania.
Z kategorii: moim zdaniem.


Dzisiejszy post będzie pod szyldem językowym. I co najlepsze, na muszce mam język polski.
Mam pewien nawyk. Uwielbiam poprawiać ludzi. No, może nie tyle, że uwielbiam, co bardzo często to robię. Sądzę, że zostało mi to z czasów gimnazjalno-licealnych, kiedy to, można powiedzieć, niemalże wymiatałam w kwestii ortografii, interpunkcji czy poprawnego mówienia. Nie mówię, że nie zdarzało mi się robić błędów – to dotyka nawet najlepszych (a ja, dla przypomnienia, taka nie jestem). Czy to w mówieniu, czy w pisaniu – nagła zaćma umysłu, lenistwo i takie tam. Mówię natomiast, że tak się przyłożyłam do tych trzech wcześniej wymienionych części, że błędy robiłam sporadycznie.
Nie pamiętam, kiedy zaczęło mnie irytować wyrażenie „Oni umią to zrobić” czy „poszłem tam wczoraj”. Wiem natomiast, że zaczęłam je tępić nawet u własnych rodziców – z upływem czasu stwierdzam, że nie było to dobre posunięcie – u brata czy znajomych. Wyhamowałam w pewnym czasie z głośnym pastwieniem się, kiedy poczułam, że to nie ma już większego sensu, gdyż własnymi siłami, dobrymi chęciami ludzi nie zmienię (chociaż udało mi się w pewnych kwestiach). Pozytywem było jednak to, że udało mi się owe tępienie zaszczepić w starszym bracie. Ostatnio nawet moja mama powiedziała mi, że przez to moje nieustanne poprawianie parę lat wstecz, teraz D. chodzi i poprawia młodsze bądź nawet kilka lat starsze osoby (przykładem może być nasz piętnastoletni sąsiad, który do znudzenia mówi „poszłem” zamiast „poszedłem” – tak nawiasem mówiąc, nawet Word mi to pierwsze słowo w cudzysłowie systematycznie poprawia – a którego D. machinalnie poprawia).
Jak się nietrudno domyślić, z częstym i głośnym poprawianiem wyhamowałam, co nie znaczy, że porzuciłam je zupełnie. Nie łatwo jest porzucić swoje nawyki (przyjrzyjcie się np. temu, iż zmieniłam ostatnio kod do komórki i nadal łapię się na tym, że wstukuję stary). Dlatego ja tylko je przytłumiłam. Kiedy ktoś robi błąd w mówieniu i z respektu go nie poprawię na głos, i tak robię to w myślach bądź szeptem. Wyrzucam z głowy fakt, że „zrobił byka”, zastępując go poprawną wersją (kilka razy zdarzyło mi się, że musiałam całe zdanie inaczej sformułować), by oszukać umysł i po części też nie wyjść na bufona – uwierzcie, niektóre osoby bardzo łatwo urazić, poprawiając ich sposób mówienia. A w dodatku, przyjmijmy, że ktoś wydaje wam się idealny pod większością względów – mały błąd w jego sposobie mówienia może przekreślić całą waszą ocenę – stąd też moje, powiedzmy, „oszukiwanie”, dzięki któremu nie wrzucam części ludzi do worka przygłupów (no dobra, o ile mówią sensownie). Nie, żebym miała klasyfikację ludzi. Już jakiś czas temu przyjęłam zasadę nie oceniania zbyt pochopnie (czyli: mimo że wciąż to robię, nie wyrażam na głos swojej opinii, dopóki wystarczająco nie poznam osoby).
W każdym razie, wracając do tematu. Zdarzyło wam się czasem z lenistwa powiedzieć „se” zamiast „sobie”? Może nie wszystkim, ale części z was na pewno. Bo mnie się zdarzyło i przyznaję się do tego bez bicia. Subiektywnie uważam, że ten błąd nie jest aż tak bardzo rażący, jeśli nie popełnia się go nagminnie. I dlatego o tyle bardziej mnie boli, jak ostatnio na jednym z blogów, które czasem przeglądam, a mianowicie na Stay Fly, autor umieścił link do wywiadu pewnego warszawiaka z dość znanym celebrytą (post z 4 czerwca, jeśli ktoś jest ciekawy), dokładniej – z niejakim panem Tomaszem Jacykowem. Wszystko bym zrozumiała. Naprawdę, jestem bardzo wyrozumiałą osobą. Ale żeby udzielać komuś wywiadu, wiedzieć, że dostanie się on później do sieci, być sławnym i światowym człowiekiem, a i tak nagminnie popełniać tego typu błędy? Mnie samej byłoby wstyd. Powiem prawdę – właśnie przez ten błąd nie mogłam oglądnąć wywiadu do końca, a i tak po przebrnięciu przez jego większą część, nie pamiętałam prawie niczego, prócz własnych myśli o wskoczeniu do ekranu, przejściu przez kabelki czy inne takie i uderzeniu rzeczonego celebryty słownikiem języka polskiego. Popełniać przypadkowe błędy w życiu codziennym – każdemu się zdarza – ale popełniać błędy w nagraniu, na które było się zaproszonym i miało się czas chociażby na przygotowanie do odpowiedzi? Ja byłabym urażona. To nie jest sytuacja, kiedy pytamy pierwszą lepszą osobę na ulicy, co myśli o, dajmy na to, wzrastających cenach paliwa lub o wynikach Euro 2012. To sytuacja, kiedy osoba publiczna, znana, w niektórych szeregach podziwiana, reprezentująca dodatkowo mniejszość seksualną i działająca w środowisku modowym, pokazuje jawną ignorancję dla zasad językowych, panujących we własnym kraju! Niejedna pani sprzedająca na miejskim targu wysławia się lepiej, nie używając wysublimowanych słów. Bo nawet takie słowa tracą na uroku zestawione z zajeżdżającym Ferdkiem czy Waldusiem Kiepskim nagminnie stosowanym „se”.
Dobrze przynajmniej, że w mowie nie widać błędów ortograficznych.
Dlaczego tak sądzę? Bo takie też tępię prawie za każdym razem, jak się na nie natknę. I nie cierpię ich nawet bardziej, niż nadużywanie „umią”, „poszłem” czy „se”. Ostatnio, jeden z moich facebookowych znajomych napisał o tym, jak to mu się „połorzyły” typy przez przegraną jednego z zespołów na Euro. Ja nie wiem, skąd ludzie biorą pomysły na tego typu błędy – pisząc ręcznie, na przykład notatki podczas wykładu, można ze zmęczenia czy pośpiechu walnąć głupiego byka, wtedy jednak rzadko kiedy ktoś inny go zobaczy (chyba że pożyczy notatki osobie trzeciej) – ale pisząc coś w facebookowym statusie? No błagam! Z tego, co się orientuję, większość ludzi w Polsce używa Google Chrome’a bądź Firefoxa, więc taka mała pomoc z mojej strony: każda wymieniona wcześniej przeglądarka posiada coś takiego, jak opcja sprawdzania poprawności pisowni (nie wiem, jak to się ma z IE czy Operą, ale idąc z duchem czasu nie sądzę, by one pozostawały w tyle ze sprawdzaniem wyrazów). Każdy błąd podkreślany jest przez taki czerwony wężyk, jaki można napotkać w Wordzie. I nie, nie jest to irytujące – dzięki temu, przynajmniej po części, możemy polepszyć swoją ortografię, wierzcie mi. Albo wyeliminować drobne błędy i literówki. A prawdą jest też to, że jak już ktoś robi po raz setny błąd typu „wogle”, „wogule”, „napewno” albo – co gorsza – „ktury”, to w pewnym momencie człowiekowi lepiej wyedukowanemu w podstawówce już zostaje tylko chwycić się za głowę i dać sobie spokój – kto nie zrozumiał raz, drugi, trzeci, piąty, za sześćdziesiątym się nie zmieni. No, chyba że robi nam na złość, ale wtedy sobie też robi przykrość. Mózg w którymś momencie przyzwyczai się do niepoprawnej pisowni, a – jak wiadomo – oduczyć się czegoś na siłę jest piekielnie trudno.
Tyle z moich dzisiejszych językowych rozważań.
Dla pocieszenia, czy też polepszenia humoru, dodam zdanie, które większość z nas zna, a które jawnie pokazuje, czego robić nie powinniśmy. W dwóch znaczeniach.
„Szłem łąką, kwiatki pachły, wiater wiał. Ona mnie odepchła, więc poszłem do domu, trzasłem drzwiami, pierdłem, bekłem, rzygłem i wyszłem, bo chamstwa nie zniesę.”
I takoż też ja wychodzę.