Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 września 2015

✉︎ ✉︎ ✉︎

Piszę tę notkę z sercem zostawionym gdzieś na początku roku i nie sposób mi po nie wrócić.
Nie mam DeLoreana ani niebieskiej budki policyjnej, wehikuły czasu działają na razie tylko w jedną stronę. I choć jedyne, na co mam ochotę, to zwinąć się w kłębek pod biurkiem i udawać, że znów mam 12 lat, a mój największy problem to to, czy uda mi się dobrze napisać test do gimnazjum, to nie mam 12 lat, pod biurkiem się nie mieszczę, a do gimnazjum wracać bym nie chciała.
Z takim wstępem, rozwinięciem i zakończeniem nie pozostaje mi nic innego, jak wejść w mój jednostronny wehikuł czasu, przeć do przodu, a przeszłość zostawić na zdjęciach. Szukać serca w innym miejscu, mieć nadzieję, że się szybko odnajdzie.
Ale październik idzie.
Z październikiem nigdy nic nie wiadomo.







środa, 2 lipca 2014

Kwadraciaki czerwcowe.

Dzisiaj bez wprowadzenia!
...I tak bardzo nie po kolei ;)

PS oszczędzę wam większości znaków islandzkich;)

CJGD: na Marsie, byłam na Marsie!... chciałabym zakrzyczeć, ale nie, w ostatnią sobotę wybrałam się ze znajomymi w okolice jeziora Mývatn, gdzie można zajechać na owe "kociołki" - śmierdzi siarką jak w Piekle ;) i zadymione to to jak nie wiem. Smutno trochę, że wprowadzili opłaty (800kr czyli plus minus 22zł), ale i tak wybiorę się ponownie!

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Kwadraciaki majowe.

Już chwilę nosiłam się z zamiarem zapoczątkowania podobnej miesięcznej serii, tylko nie wiedziałam jak ją nazwać. Nazwa „Kwadraciaki” wywodzi się – jeśli jeszcze to nie jest dla was oczywiste – od postaci, w jakiej wrzucane są zdjęcia na instagram. Osobiście uzależniłam się od tej aplikacji, bo wszędzie tam, gdzie aparatu zabrać nie mogę, mogę strzelić fotę telefonem. Przy czym większość moich zdjęć to widoki bądź to, czym w danym momencie po prostu chcę się podzielić.
Ale jest jedna rzecz odróżniająca Kwadraciaki od powielania instagramu na łamach bloga. Tutaj oprócz kwadratowych zdjęć z aplikacji, będę wrzucać też zdjęcia zrobione za pomocą Diego bądź telefonu, które nie znalazły się na moim instagramie. I raczej nie kwadratowe. Plus wszystkie będą okraszone małą informacją co, jak, gdzie, dlaczego. Cała seria też zresztą nie będzie przekraczać 15 kadrów na miesiąc. Czemu? Bo tak. A w związku z tym, że jest to pierwszy post tego typu, tym razem zdjęcia będą małym streszczeniem mojego dotychczasowego focenia. Od przyszłego miesiąca będę się trzymać bardziej "miesięcznych" kadrów.

poniedziałek, 12 maja 2014

Coś się kończy, coś się zaczyna


Gdyby rok temu ktoś zapytał mnie: „Hej, słuchaj, jak myślisz, co będziesz robić za rok o tej porze?” z powagą spojrzałabym tej osobie w oczy, przez chwilę pomilczała i odwracając wzrok, powiedziała: „Pewnie będę siedzieć w swoim krakowskim mieszkaniu, bez nadziei wyglądać przez okno, męcząc się z niesatysfakcjonującym mnie studenckim życiem na kierunku, który wybrałam bez głębszego zastanowienia, z pogłębiającym się stanem przeddepresyjnym, a wszystko dlatego, że przegrałam bitwę z rodzicami”. Podobnie zresztą odpowiedziałabym na pytanie o to, co będę robić za pół roku.
Splotem przedziwnych wypadków, podążającego za mną (wtedy) pecha i wewnętrznej pustki, przepłakując parę nocy, nieustannie kłócąc się z rodzicami, nie podjęłam dalszych studiów, pomimo dostania się na listę przyjętych, z pozytywnie zdanym egzaminem. Zamiast tego podjęłam najgorszą pracę w moim życiu, wyniszczającą mnie powoli od środka, nieustannie odliczając godziny, minuty i sekundy do „dnia, kiedy wreszcie zrezygnuję”, który – na moje nieszczęście – zdawał się nigdy nie nadejść.
Ale przecież coś się musiało zmienić, inaczej nie pisałabym tego posta. Prawda. A zmieniło się… dużo. Gdzieś (dosłownie) chwilę przed Świętami Bożego Narodzenia napisał do mnie kumpel z propozycją. Zaskoczył mnie tym kompletnie, ponieważ mimo mojego mówienia, że „nie cierpię mojej pracy i chcę ją rzucić w styczniu”, nie miałam nic konkretnego na zapleczu i przypuszczalnie męczyłabym się tam do lutego. Jaka była jego propozycja? Wyjazd na Islandię. Tak, na tę wyspę pośrodku Atlantyku, gdzie większość roku pada śnieg, wieje wiatr i przy okazji w lecie są piękne widoki. W zimie zresztą też. I mówią dziwnym językiem, niewiele zmienionym staronorweskim.
Nie wiedziałam jak zareagować. W związku z tym, że i tak nic konkretnego mnie w Polsce nie trzymało, większość moich przyjaciół siedziała w Krakowie czy Rzeszowie na studiach bądź gdzieś w świecie rozbijali się na Erazmusach, a ja męczyłam się w mieście swojego pochodzenia, zarabiając miesięcznie marne sześćset złotych, w porywach do ośmiuset na rękę, pracując na umowę śmieciową, inaczej zwaną także umową-zlecenie, pomyślałam: „What the hell!” i poprosiłam go o chwilę do namysłu. Odpowiedź miałam dać zaraz po świętach, a przez całe święta robiłam mentalne drzewko decyzyjne i rozmawiałam z rodzicami. I doszliśmy do jednego wniosku: jadę.
Datę wyjazdu specjalnie ustawiłam na 15 stycznia, gdyż chciałam jeszcze spędzić Sylwestra z jednymi z najlepszych ludzi, jakich miałam okazję spotkać w moim życiu, i następnie, jak co roku, wziąć udział w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Chwilę potem już pakowałam się do mojego wyjazdu i muszę przyznać, że wszystkie filmy, w których ludzie siadają na walizce tylko po to, aby ją domknąć, wcale nie kłamią.
kawa z Olcią (na zdj.) w tarnowskim Cafe Tramwaj w dniu WOŚP
Dwudziesto kilogramowy limit na bagaż rejestrowany może niektórym wydawać się mały, dla mnie przez chwilę był nawet zbyt duży. Przez chwilę. Bo potem zaczęłam się przepakowywać i przepakowywać, aż w końcu i tak zapomniałam paru rzeczy. Zdarza się. Ale przynajmniej wzięłam to, na czym zależało mi najbardziej.
Piętnastego, po ponad sześciogodzinnej jeździe do Warszawy (i zgubieniu się w drodze na lotnisko – „Mówiłam ci, że to tamten zjazd, nie ten, w ogóle mnie nie słuchasz”), żegnana przez Polskę deszczem o siódmej rano i śniegiem o dziewiątej, znalazłam się po raz pierwszy w życiu na Okęciu, również po raz pierwszy w życiu w roli pasażera. Czekając na swój pierwszy w życiu lot, samotny lot, do Kopenhagi, gdzie – no nie zgadniecie – również miałam być pierwszy raz w życiu. I miałam tam spędzić kolejne osiem-dziewięć godzin, czekając na samolot do Reykjaviku – czy raczej, co bardziej odpowiada prawdzie – do Keflaviku (przez Islandczyków wymawiane jako „Keplawik”), islandzkiego międzynarodowego portu lotniskowego.
lotnisko w Kopenhadze, jeden z najfajniejszych portów jaki widziałam, a widziałam mało ;)
Czy się bałam? Nie no, wcale. Prawie czternaście godzin w podróży, samotnie, będąc zieloną w sprawach dotyczących kart pokładowych, odpraw i boardingów, w całkiem innych kulturalnie krajach, w których walutą nie jest euro czy złotówka (Duńczycy mają dziurki w monetach o najmniejszym nominale, wiedzieliście o tym?), gdzie mówią w całkiem odmiennych językach – czego tu się bać? No właśnie! Bo jeśli już mam coś robić, to czemu małymi kroczkami – lepiej od razu skakać na głęboką wodę. A tak szczerze – miałam tak wielkiego pietra, jak wielki jest świebodziński Aragorn. Ale z moim wyćwiczonym poker face’em nikt by tego nie zauważył. Poza tym, zawsze chciałam się przelecieć samolotem. I od zawsze byłam fanką sportów ekstremalnych.
W Keflaviku wylądowałam o godzinie 22:30 (przy okazji będąc zabawiana podczas trzygodzinnego lotu Boeingiem 757 przez odgłosy chrząkających, smarkających i bekających Chińczyków, siedzących zaraz za mną, których słyszałam nawet mimo głośnego słuchania muzyki – brak odpowiednich słuchawek niestety nie pozwolił mi oglądnąć filmów na pokładowym odtwarzaczu – szkoda, bo zapowiadało się ciekawie!), ruszyłam za tłumem, odzyskałam swoją walizkę w kwiatki (progres, nie zgubiłam walizek, wyglądało na to, że pecha zostawiłam w Warszawie – przynajmniej wtedy tak myślałam) i dalej podążyłam za tłumem, omijając bezcłówkę. Miał na mnie czekać ktoś z hostelu, w którym spędzałam noc. Ale nie czekał. Spanikowana, zapytałam się obecnych ludzi, czy wiedzą może jak i czym się w razie czego do hotelu dostać – zostałam skierowana do taksówek – ale mimo wszystko postanowiłam zostać na miejscu, próbując dodzwonić się do recepcji. Problem w tym, że będąc w Polsce nie uruchomiłam sobie roamingu w telefonie – skąd miałam wiedzieć, że ten nie uruchamia się automatycznie w plusowskich telefonach z abonamentem? Ostatnim razem będąc za granicą miałam telefon na kartę. Mój drugi telefon z kartą Play też już nie chciał działać – wykorzystałam całe kilka złotych na smsy do rodziców, że szczęśliwie doleciałam do Kopenhagi i na Islandię. Odcięta od wszystkiego, modliłam się w duchu, żeby jednak ktoś po mnie przyszedł i chwilę po 23:20, pojawiła się taka osoba. Okazało się, że koleś czekał na mnie już dłuższy czas, tylko że… w meeting poincie. Pierwszy fail. Skąd miałam wiedzieć o istnieniu meeting pointu, kiedy właściwie po raz pierwszy w życiu miałam do czynienia z lotniskami? Cóż. Najważniejsze jednak jest to, że się znaleźliśmy.
Następnego dnia miałam z powrotem jechać na lotnisko, żeby stamtąd pojechać autobusem na lotnisko krajowe w Reykjaviku (około 50 minut jazdy), skąd miałam swój ostatni lot. Noc wcześniej razem z panem z recepcji sprawdziliśmy, o której odjeżdża autobus. Jadąc na lotnisko miałam mieć dziesięć minut w zapasie, które chciałam wykorzystać na kupno biletu, ale… okazało się, że ostatni bus już odjechał („Sorry, you just missed the last bus!”), a następny miał być za około godzinę. Ósma rano na lotnisku międzynarodowym. Dojazd do krajowego – ponad 50 minut. Samolot wylatywał o 10:30. Obecność – 30 minut przed wylotem. Lekko licząc, byłabym w Reykjaviku o 10:20. Jak nic, spóźniłabym się. Pogoda zresztą też nie była moim sprzymierzeńcem – deszcz i ciemno jak w dupie. No tak, początek stycznia, tutaj jasno robiło się o 10:00, ciemno o 16:00.
Jestem twarda, pomyślałam sobie, skakałam na bungee, zdałam makro, trzy miesiące pracowałam w najgorszej firmie świata, nikogo po drodze nie zabijając, byłam pseudo przewodnikiem grupy we Włoszech i Chorwacji, przeleciałam sama pół Europy – byle gówno mnie - już - nie złamie. Z tą myślą, poszłam do jedynego miejsca jakie mi zostało – postój taksówek. Zapytałam pana taksówkarza, czy i za ile zawiezie mnie na lotnisko krajowe. Popatrzył na mnie, wziął kalkulator i rzucił cenę – 90 euro. Serce zamarło mi na sekundę. Miliony myśli. Kalkulator wewnętrzny. Nie, nie ma szans. Nie dałoby się taniej?, zapytałam z nieśmiałym uśmiechem. Znowu spojrzenie na mnie, kalkulator w rękę i usłyszałam magiczne zdanie – I can drive you for 80 euro. Dzisiaj żałuję, że nie potargowałam się mocniej, ale o tej porze, w tej sytuacji mało kto by miał na to chęci. Poza tym – każdy kiedyś musi zapłacić frycowe, prawda?
widok na Reykjavik z okna startującego samolotu, około godziny 10:30
Zaliczyłam najdroższą jazdę taksówką w swoim życiu, ale ulga, jaką poczułam, gdy dotarłam na lotnisko, była nie do opisania. Po godzinie lotu, odebrana przez mamę kolegi, mogłam już w spokoju odetchnąć. Kupiłam kartę pre-paid i od razu wymieniłam ją w telefonie, zadzwoniłam do rodziców. Na pierwszy rzut wszystko było OK., ale została do rozwiązania jeszcze jedna sprawa. Sprawa roamingu.
 Jako że jestem człowiekiem światowym, to rachunki za mój abonament dostaję online. Online też mogę uruchomić roamingeureka! W takim razie pozostaje tylko wejść na plus.online i włączyć tę opcję! Ale, oczywiście, żeby dostać się na konto Plus Online, muszę wpisać kod autoryzacyjny. Bagatela! A kod ten dostaję w postaci wiadomości sms. Co?  Której to wiadomości dostać nie mogłam, bo nie miałam uruchomionego roamingu. Kurwa.
I tutaj znakomita wiadomość dla wszystkich użytkowników Plus GSM w Polsce – jeśli masz abonament, nie włączyłeś roamingu przed wyjazdem z kraju i masz logowanie do serwisu internetowego z użyciem tokenów, to marny twój los. Znaczy – możesz spokojnie aktywować roaming telefonicznie, ale do tego albo musisz mieć (nie)znajomego, który użyczy ci swojego telefonu, albo kupić kartę pre-paid. Co nie wszystkim się opłaca, kiedy wiedzą, że będą musieli dzwonić do biura obsługi w Polsce, czyli stracić sporo złotówek, dzwoniąc zza granicy. Plus ma politykę, że roamingu – ani żadnej innej usługi – nie może za ciebie aktywować osoba trzecia (np. będąca w Polsce). No ale przecież nie sprawdzą, że to ty go aktywujesz. Prawda?
Ja wynajęłam do tego moją mamę – jako że jest kobietą, osobą znającą wszystkie moje dane, nie powinna mieć problemu. Bo o co innego mogą jeszcze zapytać przy aktywacji tej usługi? Niby o nic. Niby. Ale zapytali. A zapytali o wysokość ostatniego zapłaconego przeze mnie rachunku. Szczęście, że akurat przed wyjazdem mówiłam rodzicom, jaką kwotę przelałam i że dopiero co wymieniłam telefon na nowy, bo aktywacja spełzłaby na niczym. A wysyłanie karty pocztą z powrotem do Polski mi się, jednym zdaniem, nie opłacało…
Na szczęście, mój pech w zasadzie tutaj się skończył. Z bezśnieżnej Polski (która śniegiem mnie pożegnała) doleciałam na Islandię, w której, jak się śmiałam, śnieg w końcu zobaczyłam. A za tym śniegiem bardzo tęskniłam – nawet sobie sprawy nie zdajecie. Parę dni później byłam już w swoim mieszkaniu w miejscowości Reyðarfjörður (i te dziwne znaczki, nie inaczej, spokojnie możecie czytać jako Rejdarfjordur, a nie, jak niektórzy,  rkljavlhjklurzskjmph). I gdzie zaczął topnieć śnieg, za którym tak tęskniłam.
widok jakieś kilkanaście metrów od mojego budynku mieszkalnego
śnieg, który w końcu spadł, niesamowicie mnie ucieszył
Trafiłam na Islandię akurat w roku, kiedy zima była jedną z najlżejszych zim. W miesiącu, kiedy jak się budziłam, by iść do pracy, to było ciemno, a jak z tej pracy wracałam, to również było ciemno. I nie mogłam w spokoju przespać nocy, bo nieustanny wiatr i deszcz skutecznie mi to uniemożliwiały. Ale to i tak był jeden z najlepszych miesięcy w moim życiu.
Trafiłam do kraju, gdzie ludzie tworzą nazwiska od imienia swojego ojca, ich język na pierwszy rzut ucha przypomina język Simów, a wioska, w której mieszka 1300 osób jest uznawana za większe miasteczko. Gdzie większość osób bierze mnie za Islandkę, czy inną Skandynawkę, Austriaczkę bądź Niemkę. Gdzie każdy odpowie ci uśmiechem na twój uśmiech, dzień dobry na twoje dzień dobry. I gdzie ocean i góry masz na wyciągnięcie ręki.
Od samego przyjazdu dobry humor prawie mnie nie opuszczał. I nadal mnie nie opuszcza. I dobrze. Oby tak było jak najdłużej.

czwartek, 5 grudnia 2013

Is home where the heart is?


Nie mam miejsca na ziemi.
Pomieszkuję to tu, to tam, ostatnio częściej tu niż tam. I dawniej myślałam, że moje miejsce jest tu – w moim rodzinnym mieście. Później, na studiach, zaczęłam myśleć, że moje miejsce w zasadzie może być tam – w Krakowie. A dzisiaj? Dzisiaj wiem, że moje miejsce jest nieokreślone. Że nie jest ono ani tu, ani tam.

Tarnów, ulica Wałowa
Serce mam w miastach, w  których nie byłam, w państwach, które odwiedziłam na mapie, z małymi wyjątkami. I boję się, że gdy pojawię się tam, gdzie chwilowo jest moje serce, ono będzie już zmierzało gdzie indziej. Bo ja naprawdę, na dzień dzisiejszy, nie mam swojego miejsca.
To nie tak, że nie kocham miasta, w którym żyję. To nie tak, że nie kocham miasta moich studiów. Ale po prostu w moich oczach straciły one trochę ze swego blasku. Może się starzeję, może miało na to wpływ moje wrześniowo-październikowo-wczesnolistopadowe samopoczucie. Ale ciężko jest mi już się identyfikować z jednym miejscem.

Kraków, Planty krakowskie
Pozostaje mi tylko znajdywać w tych miastach szczegóły, które jeszcze rozbudzają te dawne uczucia. Mieć nadzieję, że powrócą, choćby w części.
Chociaż największą nadzieję mam na to, że znajdę inne miejsce, które pomoże mi zapełnić tę cholerną pustkę po lewej stronie klatki piersiowej.


czwartek, 15 listopada 2012

XXI.


Ostatnimi czasy miewam wahania humoru i napady myśli, których mieć nie powinnam. Czyli mój własny umysł prosto komunikuje mi, że nadeszła jesień. Byle tylko zawinąć się w kocyk, z gorącą herbatą – a najlepiej jej hektolitrami – z miodem, na przykład. Albo z parującym grzańcem piwnym – pieprzyć kalorie, byle cieplej i aromatycznie! W końcu jesień.
I już nie wspominać dni, kiedy było tak:

Kiedy moje rowerowe wycieczki były przyjemnie ożywcze. Kiedy mogłam sobie urządzać piesze wycieczki z przystanku po pracy, na które narzekałam, ale i tak wielbiłam. Kiedy nie musiałam nosić swetrów i bluz codziennie, a rękawiczki używałam tylko do sprzątania lub pomagania w ogrodzie.
Kiedy mogłam sobie jeść lody w plenerze – czy to w parku czy na Kinie Plenerowym.

Kiedy słońce świeciło często – no, może nie aż tak często, jakby się chciało, ale ja już o tych nie-słonecznych dniach nie pamiętam. Kiedy mogłam przebywać nad wodą i popływać, ile mi się chciało.
A nie, jak teraz. Zawijać się w swetry w renifery, kryć się pod kocem na trzecim piętrze krakowskiego mieszkania, nie mając ochoty wychylić nosa, by spotkać się z ludźmi. Trzymać nieodłączny kubek herbaty i tylko czekać, czekać na nadchodzące zmiany.
Ale nie. W następnej wolnej chwili chwycę za aparat. Zaśniedział się, cholernik, imprezy mu były w głowie. A zdjęć obrobić nie ma komu.
I tak. Tym akcentem kończę, idę myć kubek i zrobić sobie pięknie pachnącą herbatę o wdzięcznej nazwie „Irlandzki wiatr”.
Smacznego!

niedziela, 5 sierpnia 2012

Flash Mob


Jako że mamy dziś tak piękny dzień, że możliwe, iż pewnie wybiorę się pobiegać (co będzie naprawdę dziwne, zważywszy na to, że wolę sporty wymagające większego zaangażowania mózgowego, a nie tylko dotyczące pamiętania o przebieraniu nogami), postanowiłam uraczyć was, tych, którzy jeszcze co jakiś czas stwierdzają, że dobrze poczytać jakieś głupoty, moim nowym wpisem.
Będzie to wpis z tych starych. Dotyczy roku dwa tysiące jedenastego, dokładnie marca, kiedy to w moim rodzinnym mieście Tarnowie odbył się FlashMob „Gwiazdy w Tarnowie”. Pogoda nie dopisała, w związku z czym było bardzo mało ludzi na rynku – ergo mało osób do zaskoczenia i nabrania, ale zdjęcia porobiłam i nawet ostatnio udało mi się je przerobić. Tak, po półtora roku.
Nie powiem – z niektórych mogłabym być dumna. I nie, nie mówię o tym poniżej.

piątek, 25 maja 2012

Juwe, juwe, juwenalia!


Obiecałam.
A jak ja coś obiecuję, to nawet jeśli ma to zająć chwilę czasu, obietnicy dotrzymuję. Dlatego też piszę to teraz. Chociaż nie odpowiadam za jakość dzisiejszego wpisu ze względu na dzisiejsze przygody. Ale o nich pisać nie będę.
Jak wspominałam w poprzedniej notce, w tym roku było mi dane w końcu uczestniczyć – chociaż nie do końca w sposób czynny – w wydarzeniu, na które w zeszłym roku się nie załapałam z powodu… no, nazwijmy to powodami osobistymi związanymi z Juwenaliami. A co to było za wydarzenie? Krakowscy studenci pewnie powoli się domyślają – juwenaliowy pochód studencki, czyli pochód, gdzie studenci poprzebierani są za różne dziwne kreatury. Albo po prostu ubierają koszulkę własnej uczelni i maszerują przez pół Krakowa. No tak, tak, rozumiem – to „pół Krakowa” to z pewnością jest wyolbrzymienie, ale na pewno wiecie, o co mi chodzi.
część tłumu biorąca udział w pochodzie