Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egocentrycznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egocentrycznie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 stycznia 2016

Noworocznie.

Siadam przed komputerem, otwieram edytor tekstu i namiętnie wpatruję się w białą kartkę.
Nie, nie będę dzisiaj pisać pracy, która da mi te trzy literki przed nazwiskiem. Ani żadnego kolejnego eseju, by „w nagrodę” móc zrobić na jego podstawie prezentację.
Dzisiaj będzie zwykle.

Jest styczeń anno domini 2016. Jutro wieczorem wybieram się na nową część sagi o odległej galaktyce, zwaną inaczej Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy. Nie nastrajam się, od spoilerów uciekam daleko (krzycząc wniebogłosy i zatykając uszy), skrycie marząc (nie)jedynie o dostaniu pluszowego Sokoła Millenium.
Rok zeszły zostawiłam za sobą, bezkacowo przepijając go 31 grudnia i następnego dnia zaliczając pierwszą od trzech lat przejażdżkę polskim pociągiem.
Wirtualne, wewnątrz-głowe postanowienia noworoczno-świąteczne już mam, na spisanie dopiero czekają, ale jedno jest takie, którym podzielić się muszę.
Jakie? Ano takie: postanowiłam, że od teraz przynajmniej raz w tygodniu będę coś publikować – tu, na Tea Story, czy gdziekolwiek indziej (buk zapłać za trzy blogi) – pod groźbą przekazania gościnnego wpisu którejś z moich przyjaciółek. Znaczy, takiego pozytywnego blog-shamingu – na ile pozytywny będzie, zależy od nich, przy czym jedna jest ze Slytherinu, druga z Ravenclaw, więc podświadomie już czuję, w jakie bagno się wciągnęłam. Ale screeny są. Wywinąć się nie mogę.

I skoro tak rzekłam, pierwszym wpisem przypieczętowuję swoje postanowienie. Następne na dniach. Jak z pracy wrócę, czy coś.

Teraz idę udawać, że wyzdrowiałam, i że nie mam głosu jak sfeminizowany Darth Vader.

sobota, 26 września 2015

✉︎ ✉︎ ✉︎

Piszę tę notkę z sercem zostawionym gdzieś na początku roku i nie sposób mi po nie wrócić.
Nie mam DeLoreana ani niebieskiej budki policyjnej, wehikuły czasu działają na razie tylko w jedną stronę. I choć jedyne, na co mam ochotę, to zwinąć się w kłębek pod biurkiem i udawać, że znów mam 12 lat, a mój największy problem to to, czy uda mi się dobrze napisać test do gimnazjum, to nie mam 12 lat, pod biurkiem się nie mieszczę, a do gimnazjum wracać bym nie chciała.
Z takim wstępem, rozwinięciem i zakończeniem nie pozostaje mi nic innego, jak wejść w mój jednostronny wehikuł czasu, przeć do przodu, a przeszłość zostawić na zdjęciach. Szukać serca w innym miejscu, mieć nadzieję, że się szybko odnajdzie.
Ale październik idzie.
Z październikiem nigdy nic nie wiadomo.







czwartek, 5 grudnia 2013

Is home where the heart is?


Nie mam miejsca na ziemi.
Pomieszkuję to tu, to tam, ostatnio częściej tu niż tam. I dawniej myślałam, że moje miejsce jest tu – w moim rodzinnym mieście. Później, na studiach, zaczęłam myśleć, że moje miejsce w zasadzie może być tam – w Krakowie. A dzisiaj? Dzisiaj wiem, że moje miejsce jest nieokreślone. Że nie jest ono ani tu, ani tam.

Tarnów, ulica Wałowa
Serce mam w miastach, w  których nie byłam, w państwach, które odwiedziłam na mapie, z małymi wyjątkami. I boję się, że gdy pojawię się tam, gdzie chwilowo jest moje serce, ono będzie już zmierzało gdzie indziej. Bo ja naprawdę, na dzień dzisiejszy, nie mam swojego miejsca.
To nie tak, że nie kocham miasta, w którym żyję. To nie tak, że nie kocham miasta moich studiów. Ale po prostu w moich oczach straciły one trochę ze swego blasku. Może się starzeję, może miało na to wpływ moje wrześniowo-październikowo-wczesnolistopadowe samopoczucie. Ale ciężko jest mi już się identyfikować z jednym miejscem.

Kraków, Planty krakowskie
Pozostaje mi tylko znajdywać w tych miastach szczegóły, które jeszcze rozbudzają te dawne uczucia. Mieć nadzieję, że powrócą, choćby w części.
Chociaż największą nadzieję mam na to, że znajdę inne miejsce, które pomoże mi zapełnić tę cholerną pustkę po lewej stronie klatki piersiowej.


środa, 19 czerwca 2013

XXV.




Boże, jaka ja jestem beznadziejna.
Raz po raz uświadamiam sobie te dwa słowa, które mnie opisują, które kurczowo trzymają się mnie już od dłuższego czasu. Tak, jestem beznadziejna.
I byłoby o wiele lepiej, gdybym była jedyną osobą, która tak twierdzi.
Ale nie, nie jestem.
Jestem beznadziejna, bo jestem psychicznie wykończona.
Jestem beznadziejna, bo chcę zrobić sobie przerwę od studiów.
Jestem beznadziejna, bo nie umiem wytłumaczyć, czemu chcę sobie zrobić przerwę od studiów.
Jestem beznadziejna, bo nie mam pracy.
Jestem beznadziejna, bo nie mam perspektyw na dalsze życie.
Jestem beznadziejna, bo jestem głupia - przynajmniej według mojego brata.
Jestem beznadziejna, bo mam kredyt w wieku 21 lat.
Jestem beznadziejna, bo robię plany, których nie umiem zrealizować.
Jestem beznadziejna, bo to jest kolejny post, w którym żalę się na swoje życie.
Jestem beznadziejna, bo podejmuję najgorsze decyzje, myśląc, że są najlepsze.
Jestem beznadziejna, bo interesuje mnie wszystko to, co mnie interesować nie powinno.
Jestem beznadziejna, bo mimo chęci nie doceniam tego, co mam.
Jestem beznadziejna, bo nie umiem kłamać, a robię to nieustannie, okłamując samą siebie.
Jestem beznadziejna, bo nie mam tego swojego, jedynego miejsca na ziemi.
Jestem beznadziejna, bo nie potrafię napisać tutaj wszystkiego tego, co mnie gnębi.
Jestem beznadziejna, bo nie potrafię już odnaleźć tego optymizmu, który we mnie kiedyś siedział, śpiewał, tańczył.


niedziela, 7 kwietnia 2013

XXIV.


Zostało mi zarzucone rzucanie słów na wiatr.
Mnie.
Że ja rzucam słowa na wiatr.
Ja.
No… bo w zasadzie to prawda.
Oj, przepraszam, pewnie niektórzy spodziewali się, że w tym momencie będę się bronić, że zrobię wszystko, żeby pokazać, że to nieprawda, że jestem zabiegana i mam mało czasu, bo uczelnia, bo życie, bo coś tam coś tam – i inne lame excuses. A tu – bęc – jednak się nie bronię. A nie bronię się, bo wiem, że jest to jedna z największych moich wad (obok drugiej, też wielkiej, ale może o niej innym razem), nad którą pracuję i z reguły jej oswojenie wychodzi mi raz na kilka tygodni, przez kilka tygodni (przez to kiedyś obudzę się z ręką w nocniku – a to kiedyś raczej nadejdzie jutro). No ale też... patrzcie, przecież można udawać, że teraźniejszy kwiecień jest ubiegłym marcem. Śnieg za oknem, temperatura w minusie bądx na lekkim plusie – żadna różnica, prawda? Prawda
Więc – bęc again – wiem, że rzucam słowa na wiatr. Nie aż tak często, ale wystarczająco często, żeby to irytowało nie tylko innych, ale i mnie. Bo tak, próbuję z tym walczyć, naprawdę! Ale zaraz później pojawia się ta ochota, żeby w zamian poleżeć na łóżku i wpatrywać się bezwiednie w sufit bądź przeciwległą ścianę. Albo skulić się na fotelu i patrzeć na białą kartkę Worda, bez ochoty sięgnięcia do klawiatury. I wtedy to nawet herbata nie pomaga. A podobno ona pomaga na wszystko.
Ale może dość o mnie – tak dosłownie.
Ostatnio pracuję i rozmyślam nad paroma rzeczami, w jaki sposób zmienić tego bloga. Dzięki dojazdom do Krakowa mam czas na czytanie (chyba że akurat jestem cholernie śpiąca bądź zmęczona, jak zdarzyło mi się ostatnio, kiedy wracałam z grodu Kraka) czy parę innych rzeczy, w związku z czym może, powtarzam, może w najbliższym czasie powrzucam moje mini-recenzje. Również coraz częściej robię zdjęcia. Śmieszne, miałam siebie za osobę, która robi zdjęcia typowo portretowe, a ostatnio doceniam zdjęcia imprezowe. Lubię je robić. Lubię je nawet obrabiać, ale też nie wszystkie są takie, jakie bym chciała*. Może pokażę je za niedługo.
W ogóle, wciąż szukam motywacji, ale powoli ją znajduję. Ok, nie do rzeczy, do których powinnam (czyli licencjatu), ale do innych. Pomagają mi przy tym wieści, jakich doświadczam: odnośnie zespołów, które przyjeżdżają na koncerty (mój Offspring na Orange Warsaw Festival, mój Biffy Clyro na Coke’u, Paramore i Marsi na Impact Festival czy Papa Roach w Studiu – na razie na sto procent jadę na pierwszy, na trzy ostatnie zbieram fundusze), odnośnie filmów, jakie wychodzą, czy nawet planów, które mam zamiar zrealizować w nadchodzących miesiącach (ach, majówka!).
I pracuję nad tym, o czym napisałam na początku. I nad swoim nastawieniem także.
Także… w najbliższym czasie mam nadzieję, że zobaczycie tu więcej niż mniej. Żałuję, że nie wcześniej, niż później – ale to tylko moja, moja wina. I wina motywacyjna. I… ach, dobra. Kończę moje egocentryczne dywagacje, bo nie wszystkim się je chce czytać.
Do napisania i przeczytania wkrótce!



* Powiedzmy szczerze, opracowanie własnego ustawienia do Lightrooma czy akcji do Photoshopa jednak trochę zajmuje, a i nie pasuje do wszystkich zdjęć, szczególnie, kiedy ma się problemy ze sobą samym i nie jest się stuprocentowo przekonanym do jakiejś zmiany

czwartek, 10 stycznia 2013

XXIII.


Czuję, jakbym wracała do starego koszmaru.
Tego, który nie był żadnym dziwnym snem, z którego się obudziłam, ale najprawdziwszym zdarzeniem z tych prawdziwych, o którym ciężko mi jest słuchać i równie ciężko rozmawiać.
Tak, naprawdę czuję, jakbym wracała do starego koszmaru. Albo przynajmniej tego, jak się wtedy czułam.
Nie zmieniłabym jednak niczego, nawet posiadając machinę czasu. Nie? Nie… a jednak. Zmieniłabym. Najlepiej zmieniłabym wiele podjętych przeze mnie decyzji, poczynając od tych, kiedy miałam dwanaście lat, może mniej. Ale z drugiej strony dzisiaj nie byłabym tą osobą, którą jestem. Pesymistyczną frajerką ze zniekształconym spojrzeniem na świat versus optymistyczną, egocentryczną idiotką z przyklejonym uśmiechem. Zamkniętym w sobie ekstrawertykiem. Tą, która myśli, że jest gotowa wkroczyć do dorosłego życia, ale boi się zrobić pierwszy krok.
Czy gdybym cofnęła czas, coś by się zmieniło? Czy gdybym podjęła inną, lepszą, mądrzejszą decyzję, byłabym teraz innym człowiekiem? A może byłby to tylko chwilowy wstrząs, pik na wykresie mojego życia, niewiele znaczący, po którym wszystko wróciłoby na tę ścieżkę, na której teraz jestem? A może tak naprawdę był to wybór pomiędzy dwoma złymi rzeczami, podświadomy wybór mniejszego zła nad większym? Nie wiem. Nie wiem i pewnie się nie dowiem. Wiem tylko, że pewne historie będą mnie nawiedzać do końca życia i nic na to nie poradzę.
Żadnego popełnionego przez nas błędu nie da się wymazać. Wpisuje się on w naszą własną historię, odciska, choćby mało widoczne, piętno w naszym życiu, plami naszą biografię… a może i dodaje jej odrobiny koloru? Zabarwia nasze życie nie tylko szczęśliwymi chwilami. Pozwala nam się uczyć, zdobywać doświadczenie. Nikt nie lubi złych chwil, wspomnień, ale często ze złymi doświadczeniami idą w parze te dobre. I vice versa. Nie zawsze, bo zdarza się, że któryś z typów zdarzeń dominuje, pokusić się można o porównanie do genomu. Ale biologia to nie moja działka. Zdarza się, że po szczęśliwym wydarzeniu następuje szczęśliwe. Po dramatycznym – kolejne dramatyczne. Chcielibyśmy temu zapobiec, ale nie od wszystkiego można uciec. Poza tym, skoro chcielibyśmy zapobiec złemu, czemu też nie zapobiec dobremu? Bo człowiek zawsze woli to, co dla niego lepsze. Po co zapobiegać dobremu, skoro dobre jest dla nas dobre. Ale co to jest w ogóle dobro? Przecież każdy definiuje to inaczej. Dla jednych coś, co dla nas może być katastrofą, wydaje się tylko ziarenkiem piasku. Dla drugich to, co jest dla nas nic nie znaczącym gestem, może być najszczęśliwszą chwilą życia. Dla jednych zło jest dobrem dla innych. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Ale przecież nie będę drążyć tutaj filozoficznych teorii. Filozofii nie miałam, etyka już za mną. Może kiedyś do nich wrócę, ale musiałabym mieć więcej miejsca, czasu na ogarnięcie tego tematu. Poza tym teraz i tak wychodzi mi zbyt poważnie, jak na tę godzinę.
Jest późno. Nawiedzają mnie koszmary na jawie. Ale nic z nimi nie robię. Czasem śmieję się im w twarz. Powroty, z którymi daję sobie radę. Walczę, walczę. Postaram się wygrać. Ale chcę zmiany, jednocześnie mając dość. Wszystkiego.
Nie, nie oczekuję, że ktoś zrozumie to, co napisałam. Zbiór poplątanych myśli. Mam tylko nadzieję, że ktoś znajdzie odniesienie choćby do którejś z części. I to mi wystarczy.

niedziela, 28 października 2012

O Trójkącie Bermudzkim, pechu i pogodowych anomaliach.



O czasu do czasu na świecie pojawiają się doniesienia o tym, jak to w Trójkącie Bermudzkim znikają statki, czy pojawiają się te, co znikły wcześniej, zupełnie bez załogi. O tym, jak w tamtym miejscu znikają samoloty, których trasa dziwnym trafem przebiega właśnie nad tym punktem. Nikt nie wie, co za tym stoi, jest to jedna z większych zagadek współczesnego świata. Oczywiście, zdarzają się śmiałkowie, starający się odpowiedź na to nurtujące „Dlaczego?”, jednak nikt nigdy nie jest pewny, czy im wierzyć, nierzadko przylepiając im wtedy naklejkę „psycho”.
Ja nie jestem jednym z tych śmiałków. Przynajmniej nie dzisiaj. Nie mam zamiaru rzucać wam swojej gotowej odpowiedzi. Szczerze mówiąc, już dawno się nad Trójkątem Bermudzkim nie zastanawiałam – feel free to judge me, I don’t care (zresztą, i tak nikt z was głębiej nad tym nie myśli; no, chyba że teraz). Reasumując, skoro nie mam zamiaru wam zdradzać swojej teorii, to po jaką kupę wam o tym wspominam?
Otóż, moi drodzy, ja sama doświadczyłam – czy nawet doświadczam – zjawiska Trójkąta Bermudzkiego u siebie w mieszkaniu. Od początku semestru zgubiłam już tutaj parę rzeczy – część z nich zagadkowo się odnalazło (na szczęście z zawartością), a część jak dotąd znaleźć się nie chce. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że owo zjawisko dotyczy tylko mnie.
Zaczęło się niewinnie, a mianowicie zagubieniem noża. Umyłam cholerę, położyłam na ociekaczu (czy jakkolwiek owo urządzenie się nazywa) w kuchni, a kiedy wróciłam po zajęciach, noża już nie było. Zniknął. Szukałam wszędzie. Parę dni później, no, można powiedzieć, że ponad pół tygodnia później, owy przedmiot dziwnym trafem znów pojawił się na ociekaczu. Tak, tak. Powiecie pewnie, że ktoś mi go wziął, a później oddał. Ale, naprawdę, na pięć dni? Nawet pytałam część z moich współlokatorów!
Następnie pendrive. Ten to mi ginie nagminnie. Na szczęście, odnajduje się po godzinie-dwóch poszukiwań, ale jednak. Kolejna rzecz? Kubeczek do wlewania wody do żelazka, który używamy do wsypywania proszku do pralki. No, ok., może nie do końca „tylko mnie to dotyczy”, ale ja też go używam, co mówi samo przez się. Nieodnaleziony po dziś dzień (zaginął niecałe dwa tygodnie temu).
Kolejną rzeczą, która zaginęła w moim osobistym Trójkącie Bermudzkim, jest książka do francuskiego. Dobra, nie jestem do końca pewna, czy brałam ją do Krakowa (chociaż raczej tak było), ALE poprosiłam mamę, żeby jej poszukała w domu. Nie znalazła. Ergo? Odpowiadać nie muszę. Jedną z ostatnich – a w zasadzie chciałabym, żeby tak było – rzeczy, które wyparowały ze swojego miejsca, jest mój dezodorant. Szczęście, że posiadam resztki innych. ALE WCIĄŻ.
Także no. Mój własny Trójkąt Bermudzki. Zawsze chciałam mieć coś takiego (feel the irony).
A skoro już przy anomaliach jesteśmy, pomówmy o tych pogodowych. Ostatnim miesiącem, kiedy przeżyłam trzy pory roku w odstępie kilkudniowym, był marzec. W trakcie wyjazdu do Katowic nawiedziły mnie tam, o ile dobrze pamiętam: wiosenny wietrzyk, jesienna plucha i zimowa nawałnica. A byłam tam trzy dni. Widzę jednak, że kochany październik pozazdrościł marcowi i musiał swoje pokazać. Nie wspomnę, bo zrobiłam to parę notek wcześniej, że październikowa pogoda odzwierciedla moje nastroje (ojej, wspomniałam). Także, jesienna plucha: check; zimowa zawierucha: check; gorące lato: check – no i czego tu chcieć więcej?
Ale dlaczego sądzę, że pogoda w tym miesiącu odzwierciedla moje samopoczucie? Kiedy płakałam, płakały chmury, kiedy było mi smutno, niebo było szarawe, kiedy byłam szczęśliwa jak nigdy, świeciło cholerne, gorące słońce (pozdrawiam!), zaś teraz, kiedy – co dla mnie rzadkie i niespotykane – jestem chora, pada śnieg, który w październiku jest… rzadki i niespotykany. Choć starając się zachować resztki pozorów dotyczących tego, że jestem zrównoważoną i normalną osobą, na ogół przyznaję, że ludzie nie mają wpływu na pogodę (no, ale jakąś chyba mają, bo ile razy w waszej młodości wykonywaliście taniec deszczu, a deszcz spadał następnego dnia?), to czułam się trochę, jakby warunki pogodowe mnie prześladowały. Październiku, skończ się, przyprawiasz mnie o dreszcze.
Dreszcze, dreszcze. Tak. Październik tego roku jest dziwny. Jest fajny, ale jest beznadziejny. Jest ekscytujący, ale straszny. Jest kochany, ale wyczerpujący. Już parę razy w tym miesiącu zdarzyły mi się sytuacje, które mogły doprowadzić do poważnego uszczerbku na moim zdrowiu. Jak na przykład ostatni atak na moją osobę na campusie mojej uczelni, kiedy spokojnie przechodziłam sobie na drugą stronę ulicy, kiedy ni stąd, ni zowąd spod mojego łokcia wyjechało auto osobowe, prawie przetrącając mi łokcia lusterkiem. Tak, uderzyło, na szczęście lekko.
Ja wiem, wiem, że limit szczęścia przeznaczony na mnie i mojego brata w większości wziął ten drugi (dlatego wszystko jemu się udaje), a mnie zostawił jakieś marne 20%, jednakże wszystko ma swoje granice, prawda? Ja wiem, że moimi śladami podąża wszędobylski i wścibski pech. No i wiem też, że nieszczęścia chodzą parami. Dlatego, kiedy tego samego dnia, co mój prawie-wypadek, poszłam robić zakupy do tego dużego, sieciowego sklepu na C (po francusku „skrzyżowanie”), wiedziałam, że to nie koniec mojego dnia. Spokojnie kupiłam jajka, które wsadziłam do torebki, a dwa metry dalej „siup!” – torebka na ziemi, z przerwanym paskiem. Pobieżnie sprawdzając jajka uznałam, że wszystko ok., a kiedy doszłam na mieszkanie, połowę rzeczy miałam w białku. Ale przynajmniej zrobiłam sobie dobrą jajecznicę.
Zepsułam też w tym tygodniu jedną „rzecz” w szufladzie komody. Ale o tym cii!, wciąż czekam na śrubokręt. No i nie wspomnę o tym, jak się czuję od paru dni. Chociaż to akurat moja własna wina – nie powinnam chodzić bez płaszcza na dziwną pogodę, nie wspominając o śpiewaniu na karaoke. Albo też nie powinnam mówić o tym, jak szybko „łapię” siniaki, nie wiedząc, gdzie je nabyłam.
Także – hej, to ja: 65% pecha, 20% szczęścia i 15% czegoś, czego określić nie potrafię.
Nice to meet you too!

piątek, 12 października 2012

...to me!



Mam osiemnaście lat. Jestem osobą niepoważną, emocjonalnie niestabilną, dziecięcą i nieokiełznaną. Myślącą, że jest kimś, a nie będącą nikim. Obiecującą rzeczy, których nie umie dotrzymać. Która najpierw robi, później myśli. Nieprzeczuwającą złych rzeczy, tracącą nad sobą kontrolę. A jednak czującą czające się szczęście, do czasu. Żartującą na okrągło. I porywającą się na głęboką wodę.
Mam dziewiętnaście lat. Wyglądam młodo na swój wiek, mam swoje głupie problemy. Spuchnięte oczy, niewyspaną twarz. Popełniam głupie błędy, które wspominam przez miesiące. Nie doceniam rzeczy, które mam. Nie kończę spraw, bo sądzę, że nie ma po co.
Mam dwadzieścia lat. Wciąż jestem niepoważna, emocjonalnie niestabilna i dziecięca. Niedorosła. Nieznająca siebie, nieznająca ludzi dokoła. Nieufna i skryta w swym ekstrawertyzmie. Za dużo myślę, nie wyciągam wniosków. Rzucam słowa na wiatr, dostaję rykoszetem. A jednak się cieszę. Przejawiam optymizm. Myślę, że jest dobrze.
Mam dwadzieścia jeden lat. Po prostu jestem. I niewiele się zmieniłam. Ale zdałam makro, co czyni mnie szczęśliwą. I tak, w dniu swoich urodzin jestem przeszczęśliwie głupia i nie zważam na zmory, które mnie nawiedzają!

czwartek, 4 października 2012

Flapdoodle.


Cha, cha, cha.
Jaka ja jestem śmieszna.
Pełna porażek – życiowych, uczelnianych i tych z innych dziedzin.
Tydzień, nawet niecały, odkąd rok akademicki się zaczął, ja już jestem wyzuta ze wszystkiego. Po części wiem, że wzięłam na siebie za dużo, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. Ale z drugiej strony sądziłam, że uda mi się wywiązać ze wcześniej zaplanowanej rzeczy wcześniej. Tyle że życie pełne jest niespodzianek, moje życie jest pełne tych niemiłych.
Nie cierpię października. Szczerze mówiąc, tak na całego to chyba od dwóch, trzech lat. Dawniej go kochałam. Wiadomo, urodziny, takie tam sprawy. Ale przez ostatnie kilka lat październik stał się miesiącem, kiedy złe styka się z dobrym. I z reguły to złe odgrywa większą rolę, to dobre jest raczej chwilą, która szybko mija.
Nie, nie nastawiam się negatywnie do tego miesiąca. Po prostu pewne sytuacje sprawiły, że on mnie nie cieszy. Zresztą nawet październikowa pogoda mnie odzwierciedla, przede wszystkim moje humory. Ja to październik, październik to ja – a myśl, że gdybym siebie poznała w świecie prawdziwym, to raczej bym siebie nie polubiła, przekłada się na miesiąc. Tak więc krótko – chyba dlatego za październikiem nie przepadam. Wibbly wobbly thoughts.
Dlaczego zaś mówiłam o porażkach uczelnianych? Nikt nie lubi się chwalić porażkami. Ja też. Jak ktoś pyta, odpowiadam, przesiąknięta ironią, która trzyma mnie w kupie, bo kłamać zbytnio nie potrafię. Chyba jako jedyna z mojej bliskiej rodziny. Ale to już wiecie. W każdym razie też, ciągnięcie dwóch kierunków przy mojej specjalizacji na jednym z nich jest niewykonalne, przynajmniej fizycznie i finansowo – dla mnie. Nie lubię rezygnować z czegoś, co sobie stawiam za cel, ale czasem nie ma(m) wyjścia. Może za rok, na świeżo, gdzie indziej. Nie planuję. Moje plany długoterminowe zawsze spalają na panewce.
Bo ja jestem śmieszna.
W znaczeniu raczej negatywnym.
Cha, cha, cha.

poniedziałek, 17 września 2012

O bzdurach nieprzyjemnych.



Cześć! Przyszłam się tutaj przywitać. I popisać o bzdurach. A zazwyczaj, jak zaczynam o bzdurach, kończy się inaczej. A poza tym, jest noc. A na wszystko pisane po drugiej w nocy, powinno się patrzeć lżejszym okiem.
W tym oto momencie powinnam uczyć się do kolejnego egzaminu, jako że wrzesień w trakcie, co oznacza – na moje nieszczęście – sesję poprawkową. I jeżdżenie do miasta królów. I siedzenie przez dwie godziny w pociągu, który jeszcze parę lat temu pokonywał tę trasę w o godzinę z hakiem krócej. I próbowanie wytrzymać tę podróż, za każdym razem zastanawiając się, jaka tym razem osoba usiądzie koło mnie. Albo jaka kolejna osoba pojawi się w przedziale.
Czasem nie mam nic przeciwko takim jazdom. Mimo wszystko są jeszcze wakacje, wiele osób nie jeździ tym publicznym środkiem transportu. Mam gdzie usiąść, usnąć – jak to mi się ostatnio zdarza, mam gdzie poczytać czy posłuchać muzyki. Nikt nie stoi nade mną i nie sapie mi nad szyją, gotów wykorzystać chwilę nieuwagi, by zająć moje miejsce. Mogę zająć swoje ulubione miejsce zaraz przy szybie, czy to tyłem do kierunku jazdy, czy przodem, popatrzeć na mijane krajobrazy – o ile tylko nie jest to kolejny odcinek budowanej autostrady – pooglądać ludzi przemierzających wagony czy też tych, którzy już siedzą.
Czasem jednak nienawidzę czasu spędzonego w pociągu. Na przykład kiedy wracam i czuję, że poczuję się lepiej u siebie, a pociąg zatrzymuje się na dwadzieścia minut przed moją stacją, bo przyjechał za wcześnie. Albo kiedy do przedziału wchodzi najmniej pożądana osoba. Żul, menel, bezdomny – nazwijcie go jak chcecie. Ja wiem, że większości z nich nie cierpię. Szczerze, nie obchodzi mnie tak bardzo sytuacja takich osób – dopóki o siebie choć trochę dbają, to niech sobie funkcjonują. I co z tego, że przemawia przeze mnie ignorancja czy egoizm. Dość długo żyję na tym świecie, by wiedzieć, że jakby taki jeden menel z drugim żulem chcieli pracować, pracę – nawet cienko płatną – by znaleźli. Ale nie, nie o pracę mi chodzi. Raczej o ich higienę osobistą. Naprawdę, czy to źle, że twierdzę, że do środków transportu publicznego powinni wpuszczać ludzi umytych albo przynajmniej nie wydalających odoru dwutygodniowego potu i moczu, zmieszanych z najtańszą wodą perfumowaną?
Nieraz już byłam w sytuacji, gdy musiałam zatykać nos z powodu fetoru takich osób. Wachlowanie rzadko kiedy coś daje, szczególnie w dość ciepłe popołudnia. Otworzenie okna nie zawsze zdaje egzamin z powodu albo braku wiatru, albo złej pogody. A już widok takiej osoby powoduje odruch wymiotny, bo najczęściej nie są one czyste. A fakt, że one są nic z tego nie robią, tylko potęguje to uczucie.
Czy tak trudno zrozumieć niektórym osobom, że jeśli chce się współegzystować z innymi (a nawet jeśli się nie chce), powinno się o siebie dbać? Że od czasu do czasu, nawet mimo braku stałego lokum, wskazane byłoby wejście do publicznej toalety i „ogarnięcie się”? Przecież istnieją przytułki dla bezdomnych. Ba! Od biedy istnieją uliczne pompy wodne! Nie żyjemy w średniowieczu. Mycie się nie skraca życia, ba, nawet je przedłuża. Ale widocznie takie osoby wolą wydać kilka złotych na kolejną puszkę piwa, którą mogą wypić w pociągu, niż skorzystać z publicznej łazienki z prysznicami. Swoją drogą, to też się zastanawiam, skąd takie osoby biorą pieniądze na tę puszkę piwa. Ale to chyba już głębsza filozofia.
Takie sytuacje zdarzają się – niestety – nie tylko w pociągach. Ostatnie cztery tygodnie spędziłam jeżdżąc do pracy autobusem. O ile jeszcze pociągi wywołują u mnie, zazwyczaj, pozytywne uczucia czy wspomnienia, tak za autobusami raczej nie przepadam. Nie wiem, czy to ma związek z ich chronicznym spóźnianiem się – szczególnie tych w moim rodzinnym mieście – czy nad wyraz długimi trasami, które byłoby można skrócić, czy też innymi czynnikami. Zazwyczaj, kiedy mam możliwość, wolę wybrać rower bądź samochód, ewentualnie (i najczęściej w Krakowie) dojście na piechotę. Ale wracając do mojej jazdy autobusem. Do miejsca, gdzie pracowałam, mogłam się raczej dostać tylko autobusem. Swojego auta nie mam, a nie uśmiechała mi się jazda na rowerze w długich spodniach przy 30-stopniowym upale bądź w siąpiącym deszczu. Autobus trasę maksymalnie piętnastominutową, licząc z drobnymi objazdami korków, pokonywał w minut więcej niż czterdzieści. Łącznie dojazd do pracy zamiast piętnastu minut autem zajmował mi około godzinę (wliczając dwudziestominutowy marsz na przystanek). Najgorsze jednak było często przede mną. Moment, kiedy wsiadałam do pustego autobusu – naprawdę pięknie. Zakładałam słuchawki, wyciągałam książkę. A autobus zapełniał się na każdym przystanku, często zabierając osoby o wyżej wymienionym zapachu. Zapachu, który utrzymywał się niemal przez całą drogę, nawet wtedy, gdy osoba go wydzielająca już dawno pojazd opuściła. Zapachu, który chciałam odpędzić od siebie jak najdalej, modląc się w duchu, by nie prześmierdły mi nim ubrania.
Widzicie moją irytację. Nie potrafię, naprawdę nie potrafię znaleźć żadnej nici zrozumienia dla takich osób. Nawet mimo mojego utopijnego nastawienia, bezsensownej wiary w ludzi i zdarzającej się empatii. Zastanawiam się wtedy, czy te osoby siebie nie czują. Czy im nie wstyd samym za siebie? Mnie by było. Ale ja nimi nie jestem. I być nie zamierzam.
Wracając do punktu wyjścia. Bo o pociągach zaczęłam, pociągami skończę. Niech pociągi wiedzą, że to nie mój pierwszy i ostatni wpis o nich. Niech się przygotują.
A tymczasem przykrywam się kołdrą, puszczam „Scarborough Fair/Canticle” i idę spać. I przepraszam za tak nieprzyjemny temat. Albo i nie przepraszam. A co!

czwartek, 2 sierpnia 2012

Frustratio


Z racji tego, że od rana próbuję się dostać do messages na moim dA, a co mi się do tej pory nie udało, postanowiłam napisać nową notkę.
No dobra, można też pod to podpiąć fakt, że nie napisałam nic przez cały lipiec. Nie, że nie miałam nic do powiedzenia – raczej nie miałam ochoty się tym dzielić. Dziwne. Znaczy dla mnie to nie jest dziwne. Często też mam tak, że z chęcią bym o czymś napisała, a jak przychodzi co do czego, to albo zapominam tematu, albo stwierdzam, że to co chcę przekazać jest wyjątkowo żałosne. Albo umiem to ubrać tylko w żałosne słowa.
No cóż.
Stwierdzam przynajmniej, że dnia dzisiejszego mogę wyładować frustrację, która narastała we mnie od samego ranka, który mimo że zaczął się naprawdę dobrze, w konsekwencji nie przełożył się na cały dzień. Tak. Ja po prostu nie mogę przebywać z moją rodziną dłużej niż kilka dni, w końcu do tego doszłam. Gdybym urodziła się w USA lub miała odrobinę mniej cierpliwości, już dawno siedziałabym w więzieniu za przynajmniej jedno zabójstwo. Dobrze, że istnieje coś takiego jak muzyka i książki, bo to mnie jeszcze jakoś uspokaja. Przydałoby mi się gdzieś wyjechać, w taką głuszę na przykład, wyjść na pagórek i zacząć krzyczeć. Przydałoby mi się porozwalać dwadzieścia kompletów chińskiej porcelany, postrzelać z pistoletu na strzelnicy, porozdzierać poduszki. Cokolwiek, by rozładować to, jak się teraz czuję. Szkoda, że nie mogę wymyślić niczego, co by pomogło mi rozładować frustracje mojego nędznego dwudziestoletniego życia, a najbardziej szkoda, że nie da się rozładować frustracji na zaś. Jakie to życie byłoby – jeśli nie łatwiejsze – przyjemniejsze.
Dlatego robię plan na jutrzejszy dzień, niewymagający żadnej ilości pieniędzy, których nie mam (pracy zresztą też, ale znaleźć jej nie mogę, a robić za kelnerkę nie chcę, przynajmniej nie w tym mieście, tak więc owa rzecz zwana poszukiwaniem jest u mnie w zawieszeniu – …siema ulotki?), który przypuszczalnie zaowocuje kolejną awanturą. Ale jedna w tę, druga we w tę – co za różnica?
Wstanę rano, wezmę rower, wezmę aparat, wrócę po południu. Dobry pomysł. O ile uda mi się wszystko z tego krótkiego planu, bo dzisiaj mój budzik mi odmówił posłuszeństwa. Może jutro posłucha.
A co z moim dosłownym wyładowaniem frustracji na łamach bloga? Żartowałam. Przecież nie zrobię tego publicznie.
Dziękuję, dobranoc.

piątek, 1 czerwca 2012

Czasem.

            Marzy mi się wyjazd za granicę. Chciałabym się przelecieć samolotem. Choćby wyjechać na dwa dni. Nieważne, dokąd (chociaż takim Mediolanem lub Pizą to bym nie pogardziła). Bardziej ważne, że gdzieś. I z kimkolwiek (chociaż preferowałabym osoby, które lubię). Byle na chwilę się oderwać od rzeczywistości.
            Najgorsze jest to, że nie mam kiedy, wakacje zlecą mi pod szyldem „praca”, może wynajdę dwa dni wolnego.  A raczej – chciałabym tak. Poza tym nie wiem, czy uda mi się zrealizować większość planów, jakie dla siebie ustaliłam. No i nigdy też samolotem nie leciałam, więc nie wiem, jak zareaguję. Chociaż pewnie po przygodach z bungee nie będzie mi to aż tak straszne.
            Ale jakby na to nie patrzeć, nie umiem planować. Cokolwiek zaplanuję to mi nie wychodzi. A przynajmniej nie w 100% – dobijam czasem do 75% moich planów i to jest wyczyn. Próbuję panować nad moich zmysłem planowania, mam nawet specjalny planer, w którym o dziwo zapisuję wszystkie ważne rzeczy, ale i tak częściej polegam na własnej, dziurawej pamięci.
            Gdyby można było zobaczyć pamięć, moja z pewnością miałaby dziury jak ser szwajcarski w sferze „rzeczy, których zapomnieć nie mogę”, zaś byłaby zwarta jak rzymska falanga na terenie „rzeczy, które mogę sobie odpuścić”. Jak to jest, że zapamiętuję głupoty – ba! – rozpamiętuję głupoty, a rzeczy ważniejsze mi umykają? Dziwnie mi z tym. I wiem, że pewnie większość tak ma. Ale ja tak nie chcę. Taka mała różnica.
            A co chcę? Dużo rzeczy chcę. Czasem świętego spokoju. Czasem chociażby impulsu od kogoś, że jednak moja obecność w ich życiu coś znaczy. Czasem sobie popłakać bądź pośmiać się do siebie. Czasem poskakać w deszczu lub posiedzieć na plaży i popatrzeć na morze. Czasem pooglądać gwiazdy w samotności, czasem z kimś, nic nie mówiąc. Czasem położyć się na trawie i obserwować ścigające się chmury, innym razem patrzeć, w jak dziwne twory się formują. Czasem wsiąść na rower i pojechać gdzieś daleko. Czasem porozmawiać w innym języku. Czasem nic nie robić cały dzień. Nie wstawać z łóżka, chodzić w piżamie. Czasem przeżyć dzień jak z filmu. Ale ten dobry dzień, złych mam za dużo za sobą. Czasem śpiewać na cały głos, nie zważając, czy ktoś słucha. Czasem nie przejmować się nikim wokoło i mieć wszystko w dupie. Naprawdę dużo rzeczy chcę. Tutaj jest tylko marne kilka procent tych nienamacalnych.
            Ale dzisiaj chciałabym gdzieś wyjechać, rzucić wszystko za siebie, nie myśleć o przyszłości. W końcu żyje się tylko raz? To carpe diem to chyba nie całkiem moja bajka.
            Dzisiaj jest pierwszy czerwca, Dzień Dziecka. Podobno nie jestem już dzieckiem, mimo że wewnątrz mnie tego dziecka jeszcze wiele pozostało. Trochę żałuję, że nie wykorzystałam bycia dzieckiem trochę lepiej, jak byłam młodsza. Za szybko dorosłam. Ale za głupotę trzeba płacić. Szczególnie teraz, kiedy chciałoby się być dzieckiem od nowa, by się nie przejmować, jednocześnie zostając wystarczająco dorosłym, by móc decydować o wszystkim samemu.
            Jest już pierwsza w nocy, a ja nie wiem, o czym pisać. Tysiące myśli kłębiących się w mojej głowie nie znajduje odpowiedniego ujścia. Wypadłam z rytmu, który miałam jeszcze w liceum. Muszę go znowu znaleźć. Oby się udało.
            No i blogspot znowu mnie nie słucha.

środa, 23 maja 2012

Jestem, żyję!


A więc jest tak… wróć, zaraz, nie zaczyna się zdania od „a więc”. Może zacznę od nowa.
Jak zdążyli nieliczni z was, których jeszcze egzystencja tego bloga obchodzi, zauważyć, nie pisałam dość długo. Nie to, że nie miałam tematu – tematy pojawiały się sporadycznie w mojej głowie w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Na przykład pod prysznicem. Albo na wykładzie z „Etyki biznesu”. Albo też w trakcie moich rozmaitych wędrówek po krakowskich ulicach. Na przykład wtedy mnie naszedł temat, ale jak wróciłam na mieszkanie było już późno i mi wyleciał.
Czasem też miałam tak, że jak naszedł mnie temat, to musiałam iść spać, bo rano miałam wcześnie wstać. Albo jak otwierałam Worda, to po pierwszym zdaniu nie wiedziałam, co dalej pisać.
Ale okej, wróćmy do teraźniejszości. Post ten jest po części tutaj po to, by pokazać, że żyję, że blog żyje, że ja go odwiedzam, że czasem coś w nim zmieniam, że mój dobry humor jeszcze ma się dość dobrze (w tym momencie moi poloniści, poczynając od podstawówki, pewnie z powątpiewaniem kręcą głowami, widząc takie nagromadzenie jednego spójnika). Oraz że w następnym poście po tym zamieszczę rzecz, w której – mimo już drugiego roku spędzanego w grodzie Kraka – udało mi się uczestniczyć po raz pierwszy.
No nic. Nie będę naginać waszej uwagi. Przypuszczam, że i tak jesteście wystarczająco zmęczeni nagromadzeniem liter w moim dzisiejszym wydaniu.
W ogóle – słyszeliście, że każdy polski tekst to tak naprawdę różne, przypadkowe ułożenie tylko 32 liter alfabetu, w różnych miejscach, w różnorakich grupach? Dziwne, że człowiek sobie to uświadamia dopiero, kiedy o tym przeczyta, mimo że wie o tym od zawsze.

piątek, 11 marca 2011

Jeden. To prawdziwe.


Trzy razy zaczynałam w myślach tę notatkę. Trzy razy brzmiała inaczej. I szczerze mogę uznać ten moment za raz czwarty.
Przez długi czas myślałam, że powinno się pisać wtedy, kiedy się ma na to ochotę i wenę. Ba, jeszcze do wczoraj byłabym skłonna to powiedzieć, jednak dziś... Nie wiem dokładnie, co zmieniło mój punkt widzenia. Może fakt, że obiecałam sobie cokolwiek napisać, może fakt, że pewna osoba mnie o to molestowała, a może też fakt, iż szczęśliwie zbliżam się do końca mojej męczącej sesji? Cokolwiek by to nie było, efekt jest jeden: Wydaje się, że poskutkowało i skutecznie usunęło spójnik "i" pomiędzy ochotą a weną, tam na górze.
Czy aktualnie posiadam wenę? Wena, czy raczej w moim wypadku: Wen, jest ze mną zawsze, aczkolwiek częściej uśpiony, niż wybudzony. No, ale nie powinnam mu się dziwić - zima jeszcze na dobre nie odeszła, a jemu samemu nie chce się wstawać. Szczęściarz. Niemniej jednak naszła mnie cholerna ochota na nabazgranie czegokolwiek - chociaż samo "nabazgranie" brzmi trochę śmiesznie, skoro piszę to na komputerze... I czemu cholerna? Bo cholerna. Nie mówcie, że nigdy nie mieliście na coś "cholernej ochoty", bo i tak wam nie uwierzę. Cholerna ochota ma to w zwyczaju, że pojawia się wtedy, kiedy dużo wskazuje na to, że nie jesteśmy w stanie jej spełnić. Tak jak mnie dzisiaj chwyciła owa cholerna ochota na uczelni, kiedy stwierdziłam wszem i wobec, że mam chęć napić się bananowego cappuccino. Ja - osoba nie pijąca kawy i wyrobów kawopodobnych, jeśli nie zmusza jej do tego sytuacja (i o ile nie są to te super ekstra dobre kawy dobrze znanej sieci bądź te przyrządzane przez moich znajomych). Plus, powiedzmy sobie szczerze, nawet nie wiem, czy takowe cappuccino istnieje. I, co nie było dziwne, wiedziałam, że niemożliwe będzie dostanie owego napoju u mnie na kampusie. Cóż, życie.
Cholerna ochota uwielbia uprzykrzać ludziom egzystencję. Chociaż nie zawsze ją uprzykrza. Czasami się przydaje - jest jak bodziec do zrobienia czegoś, co powinno zrobić się już dawno. Ja na przykład bardzo lubię, jak to uczucie zmusza mnie do nauki. Szkoda tylko, że nie umiem go w sobie wywołać.
Owa cholerna ochota równie szybko przychodzi, jak odchodzi. Nie dostosowuje się ona do zasad savoir-vivre, nie obejmują jej ścisłe ramy czasowe - po prostu żyje, jak chce, czego niejeden człowiek mógłby jej pozazdrościć. Co lepsze - nie ma na nią jasnego, skutecznego, a zarazem prostego sposobu, z czego widocznie ona sobie zdaje sprawę.
Ale koniec o cholernej ochocie. Nie powinno się aż tak rozwodzić nad czymś, co w zasadzie nie ma głębszego znaczenia.
Tak sobie myślę, że pierwsza notka powinna być z reguły informacyjna, techniczna. Ale że ja nie lubię trzymać się reguł, więc, niestety, do końca takowa ona nie jest. Do końca. Bo jednak będę musiała przekazać parę przykrych informacji.
Jedną z takich przykrych informacji może być fakt, że ja staram się nie obiecywać pisać regularnie. Dlaczego nie obiecuję? Bo za każdym razem, kiedy to robię, kończy się to tak, że owej obietnicy nie dotrzymuję. Nie wiem, czy jest to do końca moja wina. Po części na pewno tak - taki już mój charakter. Chociaż sama twierdzę, że sam fakt bycia kobietą też ma tu dużo do gadania.
Jako drugą informację mogę podać, że nie zawsze notki będą wyglądały w ten sposób. Czasem przecież wystarczy jedno zdanie, aby przekazać komuś swoje myśli. Nierzadko też jedno zdjęcie potrafi ujawnić trawiące nas pytania bądź dobitnie wyrazić nasze zdanie. Być może podzielę to wszystko na kategorie lub zostawię to tak jak jest. Czas pokaże.
Wygląda na to, że przydałoby się skończyć na dzisiaj. Ochota ucieka, Wen się nie ujawnił. Pomysłów również brakuje, a aktualnie nie mam dostępu do czegokolwiek, co pobudzi moją wyobraźnię. Stanowczo na to za późno.
W takim razie sądzę, że pozostało mi tylko jedno: życzyć Wam miłego dnia w tę późną marcową noc. Albo wczesny marcowy ranek, jak kto woli.
Do następnego!