Bo to wcale nie jest tak, że ja nie piszę.
To jest raczej tak, że nie mogę skończyć.
A tytuły? Tylko robocze.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą starocie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą starocie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 3 stycznia 2013
piątek, 12 października 2012
...to me!
Mam osiemnaście lat. Jestem
osobą niepoważną, emocjonalnie niestabilną, dziecięcą i nieokiełznaną. Myślącą,
że jest kimś, a nie będącą nikim. Obiecującą rzeczy, których nie umie
dotrzymać. Która najpierw robi, później myśli. Nieprzeczuwającą złych rzeczy,
tracącą nad sobą kontrolę. A jednak czującą czające się szczęście, do czasu.
Żartującą na okrągło. I porywającą się na głęboką wodę.
Mam dziewiętnaście lat. Wyglądam
młodo na swój wiek, mam swoje głupie problemy. Spuchnięte oczy, niewyspaną
twarz. Popełniam głupie błędy, które wspominam przez miesiące. Nie doceniam
rzeczy, które mam. Nie kończę spraw, bo sądzę, że nie ma po co.
Mam dwadzieścia lat. Wciąż
jestem niepoważna, emocjonalnie niestabilna i dziecięca. Niedorosła. Nieznająca
siebie, nieznająca ludzi dokoła. Nieufna i skryta w swym ekstrawertyzmie. Za
dużo myślę, nie wyciągam wniosków. Rzucam słowa na wiatr, dostaję rykoszetem. A
jednak się cieszę. Przejawiam optymizm. Myślę, że jest dobrze.
Mam dwadzieścia jeden lat. Po
prostu jestem. I niewiele się zmieniłam. Ale
zdałam makro, co czyni mnie szczęśliwą. I tak, w dniu swoich urodzin jestem
przeszczęśliwie głupia i nie zważam na zmory, które mnie nawiedzają!
czwartek, 4 października 2012
Flapdoodle.
Cha, cha,
cha.
Jaka ja
jestem śmieszna.
Pełna porażek
– życiowych, uczelnianych i tych z innych dziedzin.
Tydzień,
nawet niecały, odkąd rok akademicki się zaczął, ja już jestem wyzuta ze
wszystkiego. Po części wiem, że wzięłam na siebie za dużo, nie zdając sobie
sprawy z konsekwencji. Ale z drugiej strony sądziłam, że uda mi się wywiązać ze
wcześniej zaplanowanej rzeczy
wcześniej. Tyle że życie pełne jest niespodzianek, moje życie jest pełne tych
niemiłych.
Nie cierpię
października. Szczerze mówiąc, tak na całego to chyba od dwóch, trzech lat. Dawniej
go kochałam. Wiadomo, urodziny, takie tam sprawy. Ale przez ostatnie kilka lat
październik stał się miesiącem, kiedy złe styka się z dobrym. I z reguły to złe
odgrywa większą rolę, to dobre jest raczej chwilą, która szybko mija.
Nie, nie
nastawiam się negatywnie do tego miesiąca. Po prostu pewne sytuacje sprawiły, że
on mnie nie cieszy. Zresztą nawet październikowa pogoda mnie odzwierciedla,
przede wszystkim moje humory. Ja to październik, październik to ja – a myśl, że
gdybym siebie poznała w świecie
prawdziwym, to raczej bym siebie nie polubiła, przekłada się na miesiąc. Tak
więc krótko – chyba dlatego za październikiem nie przepadam. Wibbly wobbly thoughts.
Dlaczego zaś
mówiłam o porażkach uczelnianych? Nikt nie lubi się chwalić porażkami. Ja też. Jak
ktoś pyta, odpowiadam, przesiąknięta ironią, która trzyma mnie w kupie, bo
kłamać zbytnio nie potrafię. Chyba jako
jedyna z mojej bliskiej rodziny. Ale to już wiecie. W każdym razie też,
ciągnięcie dwóch kierunków przy mojej specjalizacji na jednym z nich jest
niewykonalne, przynajmniej fizycznie i finansowo – dla mnie. Nie lubię
rezygnować z czegoś, co sobie stawiam za cel, ale czasem nie ma(m) wyjścia. Może
za rok, na świeżo, gdzie indziej. Nie planuję. Moje plany długoterminowe zawsze
spalają na panewce.
Bo ja jestem
śmieszna.
W znaczeniu
raczej negatywnym.
Cha, cha,
cha.
poniedziałek, 17 września 2012
O bzdurach nieprzyjemnych.
Cześć! Przyszłam się tutaj
przywitać. I popisać o bzdurach. A zazwyczaj, jak zaczynam o bzdurach, kończy
się inaczej. A poza tym, jest noc. A na wszystko pisane po drugiej w nocy,
powinno się patrzeć lżejszym okiem.
W tym oto momencie powinnam
uczyć się do kolejnego egzaminu, jako że wrzesień w trakcie, co oznacza – na
moje nieszczęście – sesję poprawkową. I jeżdżenie do miasta królów. I siedzenie
przez dwie godziny w pociągu, który jeszcze parę lat temu pokonywał tę trasę w
o godzinę z hakiem krócej. I próbowanie wytrzymać tę podróż, za każdym razem
zastanawiając się, jaka tym razem osoba usiądzie koło mnie. Albo jaka kolejna
osoba pojawi się w przedziale.
Czasem nie mam nic przeciwko
takim jazdom. Mimo wszystko są jeszcze wakacje, wiele osób nie jeździ tym
publicznym środkiem transportu. Mam gdzie usiąść, usnąć – jak to mi się
ostatnio zdarza, mam gdzie poczytać czy posłuchać muzyki. Nikt nie stoi nade
mną i nie sapie mi nad szyją, gotów wykorzystać chwilę nieuwagi, by zająć moje
miejsce. Mogę zająć swoje ulubione miejsce zaraz przy szybie, czy to tyłem do
kierunku jazdy, czy przodem, popatrzeć na mijane krajobrazy – o ile tylko nie
jest to kolejny odcinek budowanej autostrady – pooglądać ludzi przemierzających
wagony czy też tych, którzy już siedzą.
Czasem jednak nienawidzę czasu
spędzonego w pociągu. Na przykład kiedy wracam i czuję, że poczuję się lepiej u
siebie, a pociąg zatrzymuje się na dwadzieścia minut przed moją stacją, bo
przyjechał za wcześnie. Albo kiedy do przedziału wchodzi najmniej pożądana
osoba. Żul, menel, bezdomny – nazwijcie go jak chcecie. Ja wiem, że większości
z nich nie cierpię. Szczerze, nie obchodzi mnie tak bardzo sytuacja takich osób
– dopóki o siebie choć trochę dbają, to niech sobie funkcjonują. I co z tego,
że przemawia przeze mnie ignorancja czy egoizm. Dość długo żyję na tym świecie,
by wiedzieć, że jakby taki jeden menel z drugim żulem chcieli pracować, pracę –
nawet cienko płatną – by znaleźli. Ale nie, nie o pracę mi chodzi. Raczej o ich
higienę osobistą. Naprawdę, czy to źle, że twierdzę, że do środków transportu
publicznego powinni wpuszczać ludzi umytych albo przynajmniej nie wydalających
odoru dwutygodniowego potu i moczu, zmieszanych z najtańszą wodą perfumowaną?
Nieraz już byłam w sytuacji, gdy
musiałam zatykać nos z powodu fetoru takich osób. Wachlowanie rzadko kiedy coś
daje, szczególnie w dość ciepłe popołudnia. Otworzenie okna nie zawsze zdaje
egzamin z powodu albo braku wiatru, albo złej pogody. A już widok takiej osoby
powoduje odruch wymiotny, bo najczęściej nie są one czyste. A fakt, że one są
nic z tego nie robią, tylko potęguje to uczucie.
Czy tak trudno zrozumieć
niektórym osobom, że jeśli chce się współegzystować z innymi (a nawet jeśli się
nie chce), powinno się o siebie dbać? Że od czasu do czasu, nawet mimo braku stałego
lokum, wskazane byłoby wejście do publicznej toalety i „ogarnięcie się”?
Przecież istnieją przytułki dla bezdomnych. Ba! Od biedy istnieją uliczne pompy
wodne! Nie żyjemy w średniowieczu. Mycie się nie skraca życia, ba, nawet je
przedłuża. Ale widocznie takie osoby wolą wydać kilka złotych na kolejną puszkę
piwa, którą mogą wypić w pociągu, niż skorzystać z publicznej łazienki z
prysznicami. Swoją drogą, to też się zastanawiam, skąd takie osoby biorą
pieniądze na tę puszkę piwa. Ale to chyba już głębsza filozofia.
Takie sytuacje zdarzają się –
niestety – nie tylko w pociągach. Ostatnie cztery tygodnie spędziłam jeżdżąc do
pracy autobusem. O ile jeszcze pociągi wywołują u mnie, zazwyczaj, pozytywne
uczucia czy wspomnienia, tak za autobusami raczej
nie przepadam. Nie wiem, czy to ma związek z ich chronicznym spóźnianiem się –
szczególnie tych w moim rodzinnym mieście – czy nad wyraz długimi trasami,
które byłoby można skrócić, czy też innymi czynnikami. Zazwyczaj, kiedy mam
możliwość, wolę wybrać rower bądź samochód, ewentualnie (i najczęściej w
Krakowie) dojście na piechotę. Ale wracając do mojej jazdy autobusem. Do miejsca,
gdzie pracowałam, mogłam się raczej dostać tylko autobusem. Swojego auta nie
mam, a nie uśmiechała mi się jazda na rowerze w długich spodniach przy
30-stopniowym upale bądź w siąpiącym deszczu. Autobus trasę maksymalnie
piętnastominutową, licząc z drobnymi objazdami korków, pokonywał w minut więcej
niż czterdzieści. Łącznie dojazd do pracy zamiast piętnastu minut autem zajmował
mi około godzinę (wliczając dwudziestominutowy marsz na przystanek). Najgorsze jednak
było często przede mną. Moment, kiedy wsiadałam do pustego autobusu – naprawdę pięknie.
Zakładałam słuchawki, wyciągałam książkę. A autobus zapełniał się na każdym przystanku,
często zabierając osoby o wyżej wymienionym zapachu. Zapachu, który utrzymywał
się niemal przez całą drogę, nawet wtedy, gdy osoba go wydzielająca już dawno
pojazd opuściła. Zapachu, który chciałam odpędzić od siebie jak najdalej,
modląc się w duchu, by nie prześmierdły mi nim ubrania.
Widzicie moją irytację. Nie potrafię,
naprawdę nie potrafię znaleźć żadnej
nici zrozumienia dla takich osób. Nawet mimo mojego utopijnego nastawienia, bezsensownej
wiary w ludzi i zdarzającej się empatii. Zastanawiam się wtedy, czy te osoby
siebie nie czują. Czy im nie wstyd samym za siebie? Mnie by było. Ale ja nimi
nie jestem. I być nie zamierzam.
Wracając do punktu wyjścia. Bo o
pociągach zaczęłam, pociągami skończę. Niech pociągi wiedzą, że to nie mój
pierwszy i ostatni wpis o nich. Niech się przygotują.
A tymczasem przykrywam się
kołdrą, puszczam „Scarborough Fair/Canticle”
i idę spać. I przepraszam za tak nieprzyjemny temat. Albo i nie przepraszam. A co!
niedziela, 5 sierpnia 2012
Flash Mob
Jako że mamy dziś tak piękny
dzień, że możliwe, iż pewnie wybiorę się pobiegać (co będzie naprawdę dziwne,
zważywszy na to, że wolę sporty wymagające większego zaangażowania mózgowego, a
nie tylko dotyczące pamiętania o przebieraniu nogami), postanowiłam uraczyć
was, tych, którzy jeszcze co jakiś czas stwierdzają, że dobrze poczytać jakieś
głupoty, moim nowym wpisem.
Będzie to wpis z tych starych.
Dotyczy roku dwa tysiące jedenastego, dokładnie marca, kiedy to w moim
rodzinnym mieście Tarnowie odbył się FlashMob „Gwiazdy w Tarnowie”. Pogoda nie
dopisała, w związku z czym było bardzo mało ludzi na rynku – ergo mało osób do zaskoczenia i nabrania,
ale zdjęcia porobiłam i nawet ostatnio udało mi się je przerobić. Tak, po
półtora roku.
Nie powiem – z niektórych
mogłabym być dumna. I nie, nie mówię o tym poniżej.
piątek, 6 stycznia 2012
List egocentryka do megalomana.
Jeden z tekstów, nad którym spędziłam dłuższy czas, próbując go dopracować na tyle, by wydawał się skończony. A przynajmniej w moim przeświadczeniu. List nie odnoszący się w zasadzie do nikogo z mojego otoczenia, zwykła fikcja literacka, która była jednak bardzo trudna do spisania, jak jeszcze nic wcześniej. Stanowczo zbyt dużo czasu nad nią spędziłam, ale czasu, którego nie żałuję. Najbardziej zastanawiające jest jednak to, że potrzebowałam pół godziny o czwartej nad ranem, by go… dopiąć? Tak, to słowo pasuje idealnie.
Tak… cóż. Bo przecież trzeba pokazać, że wciąż żyję i funkcjonuję. No i oddać tym tekstem hołd niecałkiem udanemu rokowi dwa tysiące jedenastemu, który mimo wszystko miał wiele plusów. W ten wchodzę optymistycznie.
Z kategorii: twórczo.
List egocentryka do megalomana.
Cześć.
Jeszcze nigdy nie zaczynałem żadnego listu w taki sposób. Nie chodzi mi tu o to zwykłe, powszechnie używane jako powitanie, trywialne słowo „cześć”. Chodzi mi o fakt, że dokładnie wiem, jak owy list ma się zakończyć – i już nawet owe zakończenie napisałem.
Zastanawiam się, co dziwi Cię bardziej – sam fakt pisania przeze mnie listu, czy to, że od razu zakładam zmieszczenie całej mojej nienawiści, którą do Ciebie żywię, na dwóch kartkach. I tak, nie przejęzyczyłem się. Początkowy, przepełniający mnie żal ustąpił miejsca nienawiści. Tak, temu palącemu uczuciu, które drzemie ukryte w każdym człowieku, ujawniającemu się w najmniej spodziewanym momencie.
Mówisz, że nienawiść od miłości oddziela cieniutka linia? Przypuszczam, że w moim wypadku linia ta jest nierozerwalna. Jakkolwiek cienka, delikatna by była, nikt nie jest w stanie jej rozerwać, nikt nie jest w stanie jej przekroczyć. Przynajmniej nie w moim aktualnym stanie.
Myślisz, że kłamię? Że tak naprawdę nie zdaję sobie sprawy z tego, że czuję inaczej? Wyjaśnij mi, ile razy mam Ci powiedzieć, że się mylisz, zanim zrozumiesz? Złych rzeczy nie wybacza się tak łatwo, jak to się Tobie wydaje. Czasem zastanawiam się, czy złe rzeczy wybacza się w ogóle. Bo ja nie potrafię. Nie potrafię nawet się do tego zmusić.
Tak bardzo się starałem. Nie wiem, czy wyobrażasz sobie ogrom tych starań. Chciałem Cię zrozumieć. Znowu pokochać. Czy by mi się to udało? Tak… nie… nie wiem. Nie mnie już tego dochodzić. Znalazłem swoje miejsce. Uformowałem swoje uczucia. Zebrałem myśli. Mówisz, że mógłbym rzec, iż nic mnie nie zaskoczy, tak? Nie wiem. Kolejna rzecz, której nie mogę być pewny. Jedyne, czego jestem pewny na tę chwilę, to moich uczuć. Niezmiennych, twardych – nie, raczej mocnych uczuć. Źle zabarwionych.
Mówią, że przeciwieństwem miłości wcale nie jest nienawiść. Że to obojętność sprawia innym najwięcej bólu. Ja tak nie potrafię. Nie potrafię odstawić swoich uczuć na bok. Wolę Cię nienawidzić niż być na Ciebie obojętnym. Obojętność sama w sobie boli, gdyż nie zawsze da się ją zachować wobec drugiego człowieka. Z biegiem czasu znów zaczyna zależeć. Pielęgnowana nienawiść może zajść daleko, wyzwala raczej to niezdrowe, ale często potrzebne uczucie ekscytacji, pozwalające się uwolnić, odciąć grubą kreską. Tak przynajmniej ja to widzę.
Pytasz pewnie, dlaczego się tak zmieniłem? Kiedy została przekroczona granica? Myślę, że i na te pytania znasz już odpowiedź. Jeśli nie Ty, Twój umysł, to z pewnością Twoje serce, ten zimny mięsień, znajdujący się lekko po lewej stronie Twojej klatki piersiowej. Jeśli tam zajrzysz, to może tam znajdziesz swoją odpowiedź.
Dlaczego ja nie znalazłem? Naprawdę, masz tupet, zadając mi to pytanie. Szukałem, o wiele za długo. I nie mam już siły na więcej.
To ostatnie tchnienie, ostatni głośny, wymowny oddech skierowany w Twoją stronę, mogę zakończyć tylko w jeden sposób:
Spierdalaj. Nienawidzę Cię i chciałbym Cię nie znać.
wtorek, 17 maja 2011
IV.
Dzisiaj, moi państwo, zrobię rzecz, która znajduje się na mojej liście „marzeń trudnych do spełnienia”.
Być-może-relacja i nie-do-końca-rzut-okiem później. Mam nadzieję.
//PS Przepraszam za ten poślizg, ale wczoraj starałam się to napisać, a wychodzi na to, że pewnie nie skończę i dziś. Ale jutro to już na sto procent będzie! Wierzcie mi!
piątek, 29 kwietnia 2011
Kartka z pamiętnika.
Na początku chciałam zawiadomić, że jeżeli ktoś nie przepada za "obraźliwym" językiem, to może tego nie czytać. Chociaż miło by było, gdyby jednak to zrobił ;)
Z kategorii: twórczo.
Kartka z pamiętnika.
Kurwa.
Znowu to samo. Znowu zostałem bezczelnie zerwany z łóżka przez budzik. Znowu muszę wstać o czwartej rano, żeby następne pół dnia spędzić na użeraniu się z ludźmi. Kurwa. Nienawidzę tego!
(…)
Kolejna! Ile, kurwa, razy muszę powtarzać, że przyjmuję tylko drobne? Powiedz tylko, że nie masz wydać z dziesiątki, a pójdą na tył byle tylko na ciebie pokurwować! Nie, bo przecież oni NIE mają możliwości rozmienić. Za to ja, kurwa, powinienem srać drobnymi, za przeproszeniem.
(…)
No co za chuj! No ja pierdolę! Niech mi się jeszcze pod koła wjebie, idiota! Im dłużej jeżdżę, tym bardziej się zastanawiam, jakim cudem tacy debile dostają prawo jazdy. I na co niby jest ten nakaz puszczania pojazdów komunikacji publicznej odjeżdżających z przystanku, skoro nikt się do tego nie stosuje?! Nóż mi się w kieszeni otwiera, jak widzę takich ludzi prowadzących samochody. I wali mnie to, że uogólniam.
(…)
Łał. No nie uwierzę. W końcu ktoś normalny pośród tych wszystkich ograniczonych idiotów mających prawo jazdy. O. I to kobieta. Pewnie się bała, że w nią rąbnę. Chociaż czasami mi się wydaje, że niektóre kobiety jeżdżą lepiej od facetów. Ale nie moja żona. Jej to dużo brakuje.
(…)
Cholerna L-ka! Ostatnio mam wrażenie, że one się mnożą. Jak króliki. Albo muchy – chuj jeden wie, co się szybciej rozmnaża. Co nie zmienia faktu, że nadal jest ich więcej z dnia na dzień. I jak tu niby, kurwa, jechać zgodnie z planem, jak komuś takiemu gaśnie auto co pięć metrów?!
(…)
Ja pierdolę. Znowu korek. Ja nie wiem, po kiego niektórzy ludzie jadą autem piętnaście metrów do sklepu, zamiast przejść się na piechotę. Dawniej korki nie były problemem. Dawniej nie było tyle aut. I dziur, przy okazji. W zasadzie dawniej, to mi nawet więcej płacili.
(…)
Jestem głodny. A kiedy jestem głodny, to jestem wkurwiony. I każda następna osoba podchodząca do mnie bez drobnych, żeby kupić bilet, wkurwia mnie jeszcze bardziej. Jeszcze dwie godziny i będę wolny. Mam nadzieję, że w domu będzie coś lepszego, niż znowu te schabowe z ziemniakami.
(…)
Ja pierdolę! Cholerny dzieciak! Nie wiem, czy to jakaś nowa moda, żeby przebiegać przez ulicę zaraz przed autobusem?! Jeszcze mi jakiegoś gnoja mieć na sumieniu potrzeba! Gdybym tylko mógł, to bym go za uszy wytargał. Nie cierpię takich bachorów!
(…)
W końcu koniec. Nie wiem, czy wytrzymałbym kolejną godzinę na użeraniu się z tymi ludźmi. A ze szczególnością na wysłuchiwaniu tych „mrożących krew w żyłach” opowieści starych babć, którym przestało działać Radio Maryja, bo im wnuczek wyjął wtyczkę z kontaktu, żeby włączyć swoje „szatańskie” rytmy. Nareszcie święty spokój!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

