czwartek, 5 grudnia 2013

Is home where the heart is?


Nie mam miejsca na ziemi.
Pomieszkuję to tu, to tam, ostatnio częściej tu niż tam. I dawniej myślałam, że moje miejsce jest tu – w moim rodzinnym mieście. Później, na studiach, zaczęłam myśleć, że moje miejsce w zasadzie może być tam – w Krakowie. A dzisiaj? Dzisiaj wiem, że moje miejsce jest nieokreślone. Że nie jest ono ani tu, ani tam.

Tarnów, ulica Wałowa
Serce mam w miastach, w  których nie byłam, w państwach, które odwiedziłam na mapie, z małymi wyjątkami. I boję się, że gdy pojawię się tam, gdzie chwilowo jest moje serce, ono będzie już zmierzało gdzie indziej. Bo ja naprawdę, na dzień dzisiejszy, nie mam swojego miejsca.
To nie tak, że nie kocham miasta, w którym żyję. To nie tak, że nie kocham miasta moich studiów. Ale po prostu w moich oczach straciły one trochę ze swego blasku. Może się starzeję, może miało na to wpływ moje wrześniowo-październikowo-wczesnolistopadowe samopoczucie. Ale ciężko jest mi już się identyfikować z jednym miejscem.

Kraków, Planty krakowskie
Pozostaje mi tylko znajdywać w tych miastach szczegóły, które jeszcze rozbudzają te dawne uczucia. Mieć nadzieję, że powrócą, choćby w części.
Chociaż największą nadzieję mam na to, że znajdę inne miejsce, które pomoże mi zapełnić tę cholerną pustkę po lewej stronie klatki piersiowej.


środa, 19 czerwca 2013

XXV.




Boże, jaka ja jestem beznadziejna.
Raz po raz uświadamiam sobie te dwa słowa, które mnie opisują, które kurczowo trzymają się mnie już od dłuższego czasu. Tak, jestem beznadziejna.
I byłoby o wiele lepiej, gdybym była jedyną osobą, która tak twierdzi.
Ale nie, nie jestem.
Jestem beznadziejna, bo jestem psychicznie wykończona.
Jestem beznadziejna, bo chcę zrobić sobie przerwę od studiów.
Jestem beznadziejna, bo nie umiem wytłumaczyć, czemu chcę sobie zrobić przerwę od studiów.
Jestem beznadziejna, bo nie mam pracy.
Jestem beznadziejna, bo nie mam perspektyw na dalsze życie.
Jestem beznadziejna, bo jestem głupia - przynajmniej według mojego brata.
Jestem beznadziejna, bo mam kredyt w wieku 21 lat.
Jestem beznadziejna, bo robię plany, których nie umiem zrealizować.
Jestem beznadziejna, bo to jest kolejny post, w którym żalę się na swoje życie.
Jestem beznadziejna, bo podejmuję najgorsze decyzje, myśląc, że są najlepsze.
Jestem beznadziejna, bo interesuje mnie wszystko to, co mnie interesować nie powinno.
Jestem beznadziejna, bo mimo chęci nie doceniam tego, co mam.
Jestem beznadziejna, bo nie umiem kłamać, a robię to nieustannie, okłamując samą siebie.
Jestem beznadziejna, bo nie mam tego swojego, jedynego miejsca na ziemi.
Jestem beznadziejna, bo nie potrafię napisać tutaj wszystkiego tego, co mnie gnębi.
Jestem beznadziejna, bo nie potrafię już odnaleźć tego optymizmu, który we mnie kiedyś siedział, śpiewał, tańczył.


niedziela, 7 kwietnia 2013

XXIV.


Zostało mi zarzucone rzucanie słów na wiatr.
Mnie.
Że ja rzucam słowa na wiatr.
Ja.
No… bo w zasadzie to prawda.
Oj, przepraszam, pewnie niektórzy spodziewali się, że w tym momencie będę się bronić, że zrobię wszystko, żeby pokazać, że to nieprawda, że jestem zabiegana i mam mało czasu, bo uczelnia, bo życie, bo coś tam coś tam – i inne lame excuses. A tu – bęc – jednak się nie bronię. A nie bronię się, bo wiem, że jest to jedna z największych moich wad (obok drugiej, też wielkiej, ale może o niej innym razem), nad którą pracuję i z reguły jej oswojenie wychodzi mi raz na kilka tygodni, przez kilka tygodni (przez to kiedyś obudzę się z ręką w nocniku – a to kiedyś raczej nadejdzie jutro). No ale też... patrzcie, przecież można udawać, że teraźniejszy kwiecień jest ubiegłym marcem. Śnieg za oknem, temperatura w minusie bądx na lekkim plusie – żadna różnica, prawda? Prawda
Więc – bęc again – wiem, że rzucam słowa na wiatr. Nie aż tak często, ale wystarczająco często, żeby to irytowało nie tylko innych, ale i mnie. Bo tak, próbuję z tym walczyć, naprawdę! Ale zaraz później pojawia się ta ochota, żeby w zamian poleżeć na łóżku i wpatrywać się bezwiednie w sufit bądź przeciwległą ścianę. Albo skulić się na fotelu i patrzeć na białą kartkę Worda, bez ochoty sięgnięcia do klawiatury. I wtedy to nawet herbata nie pomaga. A podobno ona pomaga na wszystko.
Ale może dość o mnie – tak dosłownie.
Ostatnio pracuję i rozmyślam nad paroma rzeczami, w jaki sposób zmienić tego bloga. Dzięki dojazdom do Krakowa mam czas na czytanie (chyba że akurat jestem cholernie śpiąca bądź zmęczona, jak zdarzyło mi się ostatnio, kiedy wracałam z grodu Kraka) czy parę innych rzeczy, w związku z czym może, powtarzam, może w najbliższym czasie powrzucam moje mini-recenzje. Również coraz częściej robię zdjęcia. Śmieszne, miałam siebie za osobę, która robi zdjęcia typowo portretowe, a ostatnio doceniam zdjęcia imprezowe. Lubię je robić. Lubię je nawet obrabiać, ale też nie wszystkie są takie, jakie bym chciała*. Może pokażę je za niedługo.
W ogóle, wciąż szukam motywacji, ale powoli ją znajduję. Ok, nie do rzeczy, do których powinnam (czyli licencjatu), ale do innych. Pomagają mi przy tym wieści, jakich doświadczam: odnośnie zespołów, które przyjeżdżają na koncerty (mój Offspring na Orange Warsaw Festival, mój Biffy Clyro na Coke’u, Paramore i Marsi na Impact Festival czy Papa Roach w Studiu – na razie na sto procent jadę na pierwszy, na trzy ostatnie zbieram fundusze), odnośnie filmów, jakie wychodzą, czy nawet planów, które mam zamiar zrealizować w nadchodzących miesiącach (ach, majówka!).
I pracuję nad tym, o czym napisałam na początku. I nad swoim nastawieniem także.
Także… w najbliższym czasie mam nadzieję, że zobaczycie tu więcej niż mniej. Żałuję, że nie wcześniej, niż później – ale to tylko moja, moja wina. I wina motywacyjna. I… ach, dobra. Kończę moje egocentryczne dywagacje, bo nie wszystkim się je chce czytać.
Do napisania i przeczytania wkrótce!



* Powiedzmy szczerze, opracowanie własnego ustawienia do Lightrooma czy akcji do Photoshopa jednak trochę zajmuje, a i nie pasuje do wszystkich zdjęć, szczególnie, kiedy ma się problemy ze sobą samym i nie jest się stuprocentowo przekonanym do jakiejś zmiany