czwartek, 10 stycznia 2013

XXIII.


Czuję, jakbym wracała do starego koszmaru.
Tego, który nie był żadnym dziwnym snem, z którego się obudziłam, ale najprawdziwszym zdarzeniem z tych prawdziwych, o którym ciężko mi jest słuchać i równie ciężko rozmawiać.
Tak, naprawdę czuję, jakbym wracała do starego koszmaru. Albo przynajmniej tego, jak się wtedy czułam.
Nie zmieniłabym jednak niczego, nawet posiadając machinę czasu. Nie? Nie… a jednak. Zmieniłabym. Najlepiej zmieniłabym wiele podjętych przeze mnie decyzji, poczynając od tych, kiedy miałam dwanaście lat, może mniej. Ale z drugiej strony dzisiaj nie byłabym tą osobą, którą jestem. Pesymistyczną frajerką ze zniekształconym spojrzeniem na świat versus optymistyczną, egocentryczną idiotką z przyklejonym uśmiechem. Zamkniętym w sobie ekstrawertykiem. Tą, która myśli, że jest gotowa wkroczyć do dorosłego życia, ale boi się zrobić pierwszy krok.
Czy gdybym cofnęła czas, coś by się zmieniło? Czy gdybym podjęła inną, lepszą, mądrzejszą decyzję, byłabym teraz innym człowiekiem? A może byłby to tylko chwilowy wstrząs, pik na wykresie mojego życia, niewiele znaczący, po którym wszystko wróciłoby na tę ścieżkę, na której teraz jestem? A może tak naprawdę był to wybór pomiędzy dwoma złymi rzeczami, podświadomy wybór mniejszego zła nad większym? Nie wiem. Nie wiem i pewnie się nie dowiem. Wiem tylko, że pewne historie będą mnie nawiedzać do końca życia i nic na to nie poradzę.
Żadnego popełnionego przez nas błędu nie da się wymazać. Wpisuje się on w naszą własną historię, odciska, choćby mało widoczne, piętno w naszym życiu, plami naszą biografię… a może i dodaje jej odrobiny koloru? Zabarwia nasze życie nie tylko szczęśliwymi chwilami. Pozwala nam się uczyć, zdobywać doświadczenie. Nikt nie lubi złych chwil, wspomnień, ale często ze złymi doświadczeniami idą w parze te dobre. I vice versa. Nie zawsze, bo zdarza się, że któryś z typów zdarzeń dominuje, pokusić się można o porównanie do genomu. Ale biologia to nie moja działka. Zdarza się, że po szczęśliwym wydarzeniu następuje szczęśliwe. Po dramatycznym – kolejne dramatyczne. Chcielibyśmy temu zapobiec, ale nie od wszystkiego można uciec. Poza tym, skoro chcielibyśmy zapobiec złemu, czemu też nie zapobiec dobremu? Bo człowiek zawsze woli to, co dla niego lepsze. Po co zapobiegać dobremu, skoro dobre jest dla nas dobre. Ale co to jest w ogóle dobro? Przecież każdy definiuje to inaczej. Dla jednych coś, co dla nas może być katastrofą, wydaje się tylko ziarenkiem piasku. Dla drugich to, co jest dla nas nic nie znaczącym gestem, może być najszczęśliwszą chwilą życia. Dla jednych zło jest dobrem dla innych. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Ale przecież nie będę drążyć tutaj filozoficznych teorii. Filozofii nie miałam, etyka już za mną. Może kiedyś do nich wrócę, ale musiałabym mieć więcej miejsca, czasu na ogarnięcie tego tematu. Poza tym teraz i tak wychodzi mi zbyt poważnie, jak na tę godzinę.
Jest późno. Nawiedzają mnie koszmary na jawie. Ale nic z nimi nie robię. Czasem śmieję się im w twarz. Powroty, z którymi daję sobie radę. Walczę, walczę. Postaram się wygrać. Ale chcę zmiany, jednocześnie mając dość. Wszystkiego.
Nie, nie oczekuję, że ktoś zrozumie to, co napisałam. Zbiór poplątanych myśli. Mam tylko nadzieję, że ktoś znajdzie odniesienie choćby do którejś z części. I to mi wystarczy.

czwartek, 3 stycznia 2013

XXII.

Bo to wcale nie jest tak, że ja nie piszę.


To jest raczej tak, że nie mogę skończyć.
A tytuły? Tylko robocze.

czwartek, 15 listopada 2012

XXI.


Ostatnimi czasy miewam wahania humoru i napady myśli, których mieć nie powinnam. Czyli mój własny umysł prosto komunikuje mi, że nadeszła jesień. Byle tylko zawinąć się w kocyk, z gorącą herbatą – a najlepiej jej hektolitrami – z miodem, na przykład. Albo z parującym grzańcem piwnym – pieprzyć kalorie, byle cieplej i aromatycznie! W końcu jesień.
I już nie wspominać dni, kiedy było tak:

Kiedy moje rowerowe wycieczki były przyjemnie ożywcze. Kiedy mogłam sobie urządzać piesze wycieczki z przystanku po pracy, na które narzekałam, ale i tak wielbiłam. Kiedy nie musiałam nosić swetrów i bluz codziennie, a rękawiczki używałam tylko do sprzątania lub pomagania w ogrodzie.
Kiedy mogłam sobie jeść lody w plenerze – czy to w parku czy na Kinie Plenerowym.

Kiedy słońce świeciło często – no, może nie aż tak często, jakby się chciało, ale ja już o tych nie-słonecznych dniach nie pamiętam. Kiedy mogłam przebywać nad wodą i popływać, ile mi się chciało.
A nie, jak teraz. Zawijać się w swetry w renifery, kryć się pod kocem na trzecim piętrze krakowskiego mieszkania, nie mając ochoty wychylić nosa, by spotkać się z ludźmi. Trzymać nieodłączny kubek herbaty i tylko czekać, czekać na nadchodzące zmiany.
Ale nie. W następnej wolnej chwili chwycę za aparat. Zaśniedział się, cholernik, imprezy mu były w głowie. A zdjęć obrobić nie ma komu.
I tak. Tym akcentem kończę, idę myć kubek i zrobić sobie pięknie pachnącą herbatę o wdzięcznej nazwie „Irlandzki wiatr”.
Smacznego!