piątek, 1 czerwca 2012

Czasem.

            Marzy mi się wyjazd za granicę. Chciałabym się przelecieć samolotem. Choćby wyjechać na dwa dni. Nieważne, dokąd (chociaż takim Mediolanem lub Pizą to bym nie pogardziła). Bardziej ważne, że gdzieś. I z kimkolwiek (chociaż preferowałabym osoby, które lubię). Byle na chwilę się oderwać od rzeczywistości.
            Najgorsze jest to, że nie mam kiedy, wakacje zlecą mi pod szyldem „praca”, może wynajdę dwa dni wolnego.  A raczej – chciałabym tak. Poza tym nie wiem, czy uda mi się zrealizować większość planów, jakie dla siebie ustaliłam. No i nigdy też samolotem nie leciałam, więc nie wiem, jak zareaguję. Chociaż pewnie po przygodach z bungee nie będzie mi to aż tak straszne.
            Ale jakby na to nie patrzeć, nie umiem planować. Cokolwiek zaplanuję to mi nie wychodzi. A przynajmniej nie w 100% – dobijam czasem do 75% moich planów i to jest wyczyn. Próbuję panować nad moich zmysłem planowania, mam nawet specjalny planer, w którym o dziwo zapisuję wszystkie ważne rzeczy, ale i tak częściej polegam na własnej, dziurawej pamięci.
            Gdyby można było zobaczyć pamięć, moja z pewnością miałaby dziury jak ser szwajcarski w sferze „rzeczy, których zapomnieć nie mogę”, zaś byłaby zwarta jak rzymska falanga na terenie „rzeczy, które mogę sobie odpuścić”. Jak to jest, że zapamiętuję głupoty – ba! – rozpamiętuję głupoty, a rzeczy ważniejsze mi umykają? Dziwnie mi z tym. I wiem, że pewnie większość tak ma. Ale ja tak nie chcę. Taka mała różnica.
            A co chcę? Dużo rzeczy chcę. Czasem świętego spokoju. Czasem chociażby impulsu od kogoś, że jednak moja obecność w ich życiu coś znaczy. Czasem sobie popłakać bądź pośmiać się do siebie. Czasem poskakać w deszczu lub posiedzieć na plaży i popatrzeć na morze. Czasem pooglądać gwiazdy w samotności, czasem z kimś, nic nie mówiąc. Czasem położyć się na trawie i obserwować ścigające się chmury, innym razem patrzeć, w jak dziwne twory się formują. Czasem wsiąść na rower i pojechać gdzieś daleko. Czasem porozmawiać w innym języku. Czasem nic nie robić cały dzień. Nie wstawać z łóżka, chodzić w piżamie. Czasem przeżyć dzień jak z filmu. Ale ten dobry dzień, złych mam za dużo za sobą. Czasem śpiewać na cały głos, nie zważając, czy ktoś słucha. Czasem nie przejmować się nikim wokoło i mieć wszystko w dupie. Naprawdę dużo rzeczy chcę. Tutaj jest tylko marne kilka procent tych nienamacalnych.
            Ale dzisiaj chciałabym gdzieś wyjechać, rzucić wszystko za siebie, nie myśleć o przyszłości. W końcu żyje się tylko raz? To carpe diem to chyba nie całkiem moja bajka.
            Dzisiaj jest pierwszy czerwca, Dzień Dziecka. Podobno nie jestem już dzieckiem, mimo że wewnątrz mnie tego dziecka jeszcze wiele pozostało. Trochę żałuję, że nie wykorzystałam bycia dzieckiem trochę lepiej, jak byłam młodsza. Za szybko dorosłam. Ale za głupotę trzeba płacić. Szczególnie teraz, kiedy chciałoby się być dzieckiem od nowa, by się nie przejmować, jednocześnie zostając wystarczająco dorosłym, by móc decydować o wszystkim samemu.
            Jest już pierwsza w nocy, a ja nie wiem, o czym pisać. Tysiące myśli kłębiących się w mojej głowie nie znajduje odpowiedniego ujścia. Wypadłam z rytmu, który miałam jeszcze w liceum. Muszę go znowu znaleźć. Oby się udało.
            No i blogspot znowu mnie nie słucha.

piątek, 25 maja 2012

Juwe, juwe, juwenalia!


Obiecałam.
A jak ja coś obiecuję, to nawet jeśli ma to zająć chwilę czasu, obietnicy dotrzymuję. Dlatego też piszę to teraz. Chociaż nie odpowiadam za jakość dzisiejszego wpisu ze względu na dzisiejsze przygody. Ale o nich pisać nie będę.
Jak wspominałam w poprzedniej notce, w tym roku było mi dane w końcu uczestniczyć – chociaż nie do końca w sposób czynny – w wydarzeniu, na które w zeszłym roku się nie załapałam z powodu… no, nazwijmy to powodami osobistymi związanymi z Juwenaliami. A co to było za wydarzenie? Krakowscy studenci pewnie powoli się domyślają – juwenaliowy pochód studencki, czyli pochód, gdzie studenci poprzebierani są za różne dziwne kreatury. Albo po prostu ubierają koszulkę własnej uczelni i maszerują przez pół Krakowa. No tak, tak, rozumiem – to „pół Krakowa” to z pewnością jest wyolbrzymienie, ale na pewno wiecie, o co mi chodzi.
część tłumu biorąca udział w pochodzie

środa, 23 maja 2012

Jestem, żyję!


A więc jest tak… wróć, zaraz, nie zaczyna się zdania od „a więc”. Może zacznę od nowa.
Jak zdążyli nieliczni z was, których jeszcze egzystencja tego bloga obchodzi, zauważyć, nie pisałam dość długo. Nie to, że nie miałam tematu – tematy pojawiały się sporadycznie w mojej głowie w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Na przykład pod prysznicem. Albo na wykładzie z „Etyki biznesu”. Albo też w trakcie moich rozmaitych wędrówek po krakowskich ulicach. Na przykład wtedy mnie naszedł temat, ale jak wróciłam na mieszkanie było już późno i mi wyleciał.
Czasem też miałam tak, że jak naszedł mnie temat, to musiałam iść spać, bo rano miałam wcześnie wstać. Albo jak otwierałam Worda, to po pierwszym zdaniu nie wiedziałam, co dalej pisać.
Ale okej, wróćmy do teraźniejszości. Post ten jest po części tutaj po to, by pokazać, że żyję, że blog żyje, że ja go odwiedzam, że czasem coś w nim zmieniam, że mój dobry humor jeszcze ma się dość dobrze (w tym momencie moi poloniści, poczynając od podstawówki, pewnie z powątpiewaniem kręcą głowami, widząc takie nagromadzenie jednego spójnika). Oraz że w następnym poście po tym zamieszczę rzecz, w której – mimo już drugiego roku spędzanego w grodzie Kraka – udało mi się uczestniczyć po raz pierwszy.
No nic. Nie będę naginać waszej uwagi. Przypuszczam, że i tak jesteście wystarczająco zmęczeni nagromadzeniem liter w moim dzisiejszym wydaniu.
W ogóle – słyszeliście, że każdy polski tekst to tak naprawdę różne, przypadkowe ułożenie tylko 32 liter alfabetu, w różnych miejscach, w różnorakich grupach? Dziwne, że człowiek sobie to uświadamia dopiero, kiedy o tym przeczyta, mimo że wie o tym od zawsze.