piątek, 6 stycznia 2012

List egocentryka do megalomana.

Jeden z tekstów, nad którym spędziłam dłuższy czas, próbując go dopracować na tyle, by wydawał się skończony. A przynajmniej w moim przeświadczeniu. List nie odnoszący się w zasadzie do nikogo z mojego otoczenia, zwykła fikcja literacka, która była jednak bardzo trudna do spisania, jak jeszcze nic wcześniej. Stanowczo zbyt dużo czasu nad nią spędziłam, ale czasu, którego nie żałuję. Najbardziej zastanawiające jest jednak to, że potrzebowałam pół godziny o czwartej nad ranem, by go… dopiąć? Tak, to słowo pasuje idealnie.
Tak… cóż. Bo przecież trzeba pokazać, że wciąż żyję i funkcjonuję. No i oddać tym tekstem hołd niecałkiem udanemu rokowi dwa tysiące jedenastemu, który mimo wszystko miał wiele plusów. W ten wchodzę optymistycznie.
Z kategorii: twórczo.

List egocentryka do megalomana.

Cześć.
Jeszcze nigdy nie zaczynałem żadnego listu w taki sposób. Nie chodzi mi tu o to zwykłe, powszechnie używane jako powitanie, trywialne słowo „cześć”. Chodzi mi o fakt, że dokładnie wiem, jak owy list ma się zakończyć – i już nawet owe zakończenie napisałem.
Zastanawiam się, co dziwi Cię bardziej – sam fakt pisania przeze mnie listu, czy to, że od razu zakładam zmieszczenie całej mojej nienawiści, którą do Ciebie żywię, na dwóch kartkach. I tak, nie przejęzyczyłem się. Początkowy, przepełniający mnie żal ustąpił miejsca nienawiści. Tak, temu palącemu uczuciu, które drzemie ukryte w każdym człowieku, ujawniającemu się w najmniej spodziewanym momencie.
Mówisz, że nienawiść od miłości oddziela cieniutka linia? Przypuszczam, że w moim wypadku linia ta jest nierozerwalna. Jakkolwiek cienka, delikatna by była, nikt nie jest w stanie jej rozerwać, nikt nie jest w stanie jej przekroczyć. Przynajmniej nie w moim aktualnym stanie.
Myślisz, że kłamię? Że tak naprawdę nie zdaję sobie sprawy z tego, że czuję inaczej? Wyjaśnij mi, ile razy mam Ci powiedzieć, że się mylisz, zanim zrozumiesz? Złych rzeczy nie wybacza się tak łatwo, jak to się Tobie wydaje. Czasem zastanawiam się, czy złe rzeczy wybacza się w ogóle. Bo ja nie potrafię. Nie potrafię nawet się do tego zmusić.
Tak bardzo się starałem. Nie wiem, czy wyobrażasz sobie ogrom tych starań. Chciałem Cię zrozumieć. Znowu pokochać. Czy by mi się to udało? Tak… nie… nie wiem. Nie mnie już tego dochodzić. Znalazłem swoje miejsce. Uformowałem swoje uczucia. Zebrałem myśli. Mówisz, że mógłbym rzec, iż nic mnie nie zaskoczy, tak? Nie wiem. Kolejna rzecz, której nie mogę być pewny. Jedyne, czego jestem pewny na tę chwilę, to moich uczuć. Niezmiennych, twardych – nie, raczej mocnych uczuć. Źle zabarwionych.
Mówią, że przeciwieństwem miłości wcale nie jest nienawiść. Że to obojętność sprawia innym najwięcej bólu. Ja tak nie potrafię. Nie potrafię odstawić swoich uczuć na bok. Wolę Cię nienawidzić niż być na Ciebie obojętnym. Obojętność sama w sobie boli, gdyż nie zawsze da się ją zachować wobec drugiego człowieka. Z biegiem czasu znów zaczyna zależeć. Pielęgnowana nienawiść może zajść daleko, wyzwala raczej to niezdrowe, ale często potrzebne uczucie ekscytacji, pozwalające się uwolnić, odciąć grubą kreską. Tak przynajmniej ja to widzę.
Pytasz pewnie, dlaczego się tak zmieniłem? Kiedy została przekroczona granica? Myślę, że i na te pytania znasz już odpowiedź. Jeśli nie Ty, Twój umysł, to z pewnością Twoje serce, ten zimny mięsień, znajdujący się lekko po lewej stronie Twojej klatki piersiowej. Jeśli tam zajrzysz, to może tam znajdziesz swoją odpowiedź.
Dlaczego ja nie znalazłem? Naprawdę, masz tupet, zadając mi to pytanie. Szukałem, o wiele za długo. I nie mam już siły na więcej.
To ostatnie tchnienie, ostatni głośny, wymowny oddech skierowany w Twoją stronę, mogę zakończyć tylko w jeden sposób:
Spierdalaj. Nienawidzę Cię i chciałbym Cię nie znać.





poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Paralove ♥

Mam nadzieję, że nie narobiłam błędów w tym tekście – z przyczyn własnego lenistwa nawet nie chce mi się go sprawdzać po raz drugi. Moje sprawozdanie odnośnie jednego z koncertów, na którym miałam szczęście być w tym roku. I przepraszam za jakość zdjęć oraz filmiku, większość robiona komórką (lepszej jakości video można znaleźć na youtube;)).
Z kategorii: muzycznie.


Chciałabym całe moje uczucia zachować jak najbardziej świeżo, jak to tylko możliwe. I dlatego mam cichą nadzieję, że napiszę tutaj wszystko to, co pamiętam. Nieważne w jakiej kolejności, może dzięki niezbadanemu zajściu wszystko samo uszereguje się chronologicznie.
Zero cztery zero siedem dwa zero jeden jeden, jak już to kiedyś ujęłam. Dzień, w którym odhaczyłam kolejny zespół z mojej inno wymiarowej listy „must see live”. Można powiedzieć, iż robię postępy.
Jak dziś pamiętam dzień, kiedy 30 marca 2011 roku kumpela wysłała mi sms z wiadomością o tym, że Paramore przyjeżdżają do Polski w wakacje. Było ciepło i słonecznie, a ja siedziałam na ławce niedaleko Bunkra Sztuki w Krakowie, czekając na koleżankę, i cieszyłam się jak głupia, pisząc do dwóch osób jednocześnie – od jednej dostając szczęśliwe wiadomości, zaś drugiej je przekazując. I później tydzień wyczekiwania, by dowiedzieć się, że zagrają w amfiteatrze w warszawskim Parku Sowińskiego, dnia czwartego lipca bieżącego roku.


poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Pichcić każdy może - może gliczka?

Trzy słowa - cześć i smacznego.
Z kategorii: pichcić każdy może.



Jestem osobą tak niesłowną w niektórych sytuacjach, że mnie aż to boli i, co najlepsze, całkowicie zdaję sobie z tego sprawę. Zmienić się ciągle próbuję, ale coś mi to nie wychodzi.
Ale jak zawsze w takich momentach, porządny kopniak w tyłek i daję radę. Bo mnie należy popędzać, znęcać się – kiedy trzeba, szczątkowa przemoc dozwolona, ale w granicach przyzwoitości i bez zamiaru zmieniania mojej znikomej urody.
Takim oto wstępem postanowiłam zainicjować dzisiejszy wpis. I przy okazji pozdrowić moich oprawców, odpowiedzialnych za zachęcenie mnie do napisania dzisiejszego wpisu, który nie miał być dzisiejszy, ale przed-przed-przed-przedwczorajszy. Prawdopodobnie zapomniałam o paru „przed”, ale cichutko.
Czasem, jak mi się nudzi albo jak mam czas, albo jak obecne są oba wymienione w tym zdaniu czynniki, to przysiadam przy Miguelu, znaczy moim laptopie (który jest rodzaju męskiego, sprawdzone!), i wyszukuję inspirujących… przepisów. W taki sposób pokochałam robić muffiny, które są zadziwiająco łatwe do zrobienia, choć co prawda nigdy nie wychodzą mi takie, jakie można zobaczyć w tych wszystkich barach szybkiej obsługi typu McDonald bądź Starbucks, ale to nie znaczy, że się nie staram. I w ten też sposób wpadłam na przepis na tak zwany „rajski batonik” (chociaż ja raczej nazwałam to w przypływie weny „małymi czarnymi gówienkami” – ale od razu mówię, że ta nazwa nijak się ma do smaku, chciałam tylko obrzydzić je bratu, jakby samo słowo „kokos” nie podziałało) lub w innych kręgach nazwany „Bounty”, ale jestem pewna, że to trademark, więc pozostańmy może przy rajskim batoniku. Albo… „gliczkach”, cokolwiek to znaczy, gdyż chyba tego słowa użył mój sąsiad.